Przybywamy do Las Vegas. Przygoda w Las Vegas.
Mieliśmy wspaniałą pozycję, żeby przeprowadzić atak na Las Vegas – Miasto Grzechu, Miasto Rozrywki lub Stolicę Drugich Szans. To miasto tętniące życiem, rozrywką i hazardem za dnia i w nocy, położone na kompletnych pustkowiach Nevady i osiągnęliśmy je późnym wieczorem. Tak rozpoczęła się nasza przygoda w Las Vegas. Dotarliśmy tam drogą nr 15 South, na główną ulicę Las Vegas Boulevard.
Od razu wpadliśmy w wir krążących aut i w ostre iluminacje reklam, hoteli, kasyn gry, klubów i restauracji. W takich warunkach minęliśmy krzyżówkę z Flamingo Road i znaleźliśmy niedrogi, ale ekskluzywny jak dla nas hotel The Hooters przy Tropicana Avenue niedaleko międzynarodowego lotniska McCarran Airport w samym centrum Las Vegas.
Vegas leży na pustyni…rozpusty.
Tam zresztą wszystko jest w samym centrum, bo miasto ma po kilkanaście przecznic w każdym kierunku, a dalej króluje pustynia Mojave i góry. Widać je nawet z samego miasta, bo prześwitują przez budynki,
a pustynny wiatr hula po ulicach Las Vegas, przeszywając je na wskroś i pomiata kolorowymi ulotkami miejscowych kasyn gry i prostytutek. Uwielbiam serial „CSI-Kryminalne zagadki Las Vegas”, gdzie często są przebitki na miasto z lotu ptaka i zawsze mam wrażenie jakby wielki ptak porwał gdzieś to miasto i lecąc do gniazda upuścił je na samej pustyni. Dziwnie to dla mnie wygląda, jakieś miasto pojawiające się ni w pięć ni w dziewięć, ni z gruszki ni z pietruszki, po prostu z dupy strony.
Wieczorem bije od niego wielka łuna, co w sumie współgra z tymi prostytutkami. Dlaczego ? Ano jest taki kawał, że kiedyś pan Bóg pyta się Św. Piotra: „a co to za łuna bije po lewej stronie ?”. Św. Piotr odparł, że to jest taki znak, że żona zdradza tam męża. Pan Bóg spojrzał w prawo i znów zapytał: „a co tam widać za łunę ?”. Św. Piotr znów odpowiedział, że tam z kolei mąż zdradza żonę.
„Hmm…” – pomyślał Bóg i jego wzrok utkwił na wielkiej, rozżarzonej łunie na wprost niego. „Kurde, a co tam jest ?” – zdziwił się Bóg, ale jego Apostoł wzruszył ramionami i odrzekł: „Aaa..to jest Ciechocinek Panie ! Takie Sanatorium !” No więc żeby sprostać seksualnemu zadaniu w Las Vegas trzeba mieć moc.
Atrakcje, atrakcje i atrakcje…
W Las Vegas spędziliśmy wieczór i pół nocy, włócząc się po kasynach i klubach, chłonąc tę przedziwną atmosferę i chroniąc oczy od eksplozji świateł w mieście. Amerykanie uwielbiają odpalać światła, ich miasta po prostu żrą ogromne ilości energii elektrycznej. Dlatego nie mogłyby funkcjonować u nas za czasów komuny. Włączyliby lodówkę i telewizor i ….wielkie JEBS ! Siadłby właśnie trzeci stopień zasilania. Zostaliśmy w mieście również na większość następnego dnia. Niektórzy z nas zwiedzili sobie muzeum figur woskowych, ale mnie nie bawią takie atrakcje.
Pooglądaliśmy sobie sławne hotele, w tym Bellagio i fontannę przed nim pluskającą w rytm świateł i muzyki. Takie małe wodne show. Widzieliśmy hotel Caesars Palace, gdzie ostatni sezon śpiewała Kanadyjka Celine Dion,
a także wiele innych: Monte Carlo, Hollywood, The Mirage – wszystkie wyglądały wspaniale, gdy można je było obejrzeć za dnia w pełnej krasie. Las Vegas ma repliki licznych europejskich atrakcji, na przykład paryskiej wieży Eiffla, Łuku Triumfalnego,
placu św. Marka z Wenecji, Disneylandu, a także nowojorskiej Statuy Wolności, co czyni Las Vegas kolorowym, ale i kiczowatym miastem. Dla mnie to Kicz i Las Vegas albo Las (czyli wiocha) i Vegas w jednym. Statua Wolności stoi przy głównej arterii przelotowej Las Vegas Boulevard, a zaraz za nią znajdują się kopie drapaczy chmur tworzących replikę Manhattanu na pustyni. Inne atrakcje są zresztą również w zasięgu ręki, dostępne wprost z głównej ulicy. Ze względu na duży ruch samochodowy i pieszy, w mieście jest kilka szerokich kładek przerzuconych wysoko nad Las Vegas Boulevard, żeby całe to kolorowe tałatajstwo mogło bezpiecznie przechodzić przez jezdnię, która ma dwanaście pasów! Po sześć w każdym kierunku.
Inaczej miejscowy szpital musiałby składać się głównie z oddziału wypadkowego i reanimacji. Z kładek można również pooglądać sobie miejską dżunglę. Okrasy dodają palmy rosnące wzdłuż ulic i liczne wypielęgnowane jak tyłek niemowlaka rabaty kwiatowe.
Próbuję hazardu.
Żeby pograć w kasynie i na automatach nie trzeba nawet wychodzić z hotelu na zewnątrz. Wszystko, co potrzebne znajduje się w hallu, wystarczy zjechać tam windą. Hotele wbrew pozorom w większości są tanie, żeby przyciągać ludzi do hotelowych kasyn gry.
Każdy zagra przecież choć kilka razy, skoro już tutaj przybył. Nie inaczej zrobiliśmy my i każdy z nas stracił po dziesięć dolarów, grając na automatach. Jakoś nas to nie bawiło i nie wciągnęło, choć staraliśmy się, nakręceni podobizną naszej rumianej rodaczki i reklamą, że w 2003 Leokadia Cyganik wygrała tutaj prawie milion dolców. Przed wyjazdem zrobiliśmy sobie godzinną kąpiel w hotelowym basenie na zewnątrz. Gdy tylko wskoczyłem do wody, zrozumiałem dlaczego jest taka czysta. Była tak przeraźliwie zimna, że po prostu nikt się w niej nie kąpał, ale basen oczywiście w hotelu był i taka atrakcja doliczona była do ceny pokoi. Cwaniaczki.
No i trochę historii miasta.
W końcu w latach 40 i 60 rządziły tutaj same cwaniaczki, czyli klany mafijne, które rozpanoszyły się w mieście dzięki rozwojowi hazardu. Dopiero potem wytrzebiono mafię i postawiono na nowoczesność i turystykę, czego symbolem była budowa hotelu The Mirage. Pod koniec lat 40 w Las Vegas mieszkała ekipa naukowców z Manhattan Project czyli twórców bomby atomowej testowanej potem na stepach Nevady. Wiemy, że bomba ta natychmiast zakończyła dla Amerykanów II wojnę światową, doprowadzając do kapitulacji Japonii w 1945 roku. Nigdy nie pamiętam czy pracowano tam nad bombą plutonową czy na bazie uranu, bo Amerykanie prowadzili dwa niezależne projekty atomowe i każdy z zespołów myślał, że jest tym jedynym, nie wiedzieli o sobie wzajemnie.
Po zbombardowaniu japońskiego terytorium zginęło mnóstwo ludzi, ale Amerykanie – na podstawie analizy dotychczasowego zaciętego oporu wroga i strat własnych podczas ofensywy na Guadalcanal i Okinawę (zresztą na cokolwiek, miejsce nie ma znaczenia, bo Japończycy walczyli zażarcie wszędzie) – wyliczyli sobie, że stracą jeszcze więcej swoich ludzi, zanim zdobędą Tokio przy użyciu broni konwencjonalnej. Lepiej więc, żeby zginęli obcy. I tak oto pustynne Vegas łączy się z wielką i nowożytną historią świata, a nazwę Las Vegas nadali miastu Hiszpanie. Rozwinęło się w 1905 roku jako węzeł kolejowy. Po wybudowaniu linii kolejowej osadnicy ze wschodu masowo napływali do Las Vegas jako przystanku przed dalszą ekspansją na zachód. W 1931 roku zalegalizowano tutaj hazard, co dało miastu potężnego kopa. Rozwojowi sprzyjała budowa ogromnej betonowej elektrowni wodnej Hoovera na rzece Kolorado. Hydroelektrownia i tama zlokalizowane są niedaleko Las Vegas, więc nie dziwmy się teraz, że miasto zużywa tyle energii elektrycznej. Mają to zużywają, bo mogą ! Dzięki tamie powstało sztuczne jezioro Mead. Obecnie Las Vegas liczy około 600 tysięcy mieszkańców. Hm…podobnie jak w moim mieście, w Poznaniu, ale u nas jest trochę inaczej…
No i odwrót. Żegnaj Vegas !
Miastem cieszyliśmy się do późnych godzin popołudniowych i dopiero tuż przed wieczorem odpaliliśmy silnik wielkiego yukona i z podziemnego garażu The Hooters wystrzeliliśmy w kierunku Kalifornii. W głowach pozostało nam wiele wspomnień i pamiętajcie, że co było w Vegas to pozostaje w Vegas. No moje wyczyny nie były tak burzliwe jak w przypadku bohaterów jednego z moich ulubionych filmów: amerykańskiego „Kac Vegas” , ale co tam. Zawsze mogę tu wrócić i zaszaleć. W końcu zatrzymałem sobie kilka zmiętych ulotek z prostytutkami.