Były sobie dęby, lipy i jawory…
Jacek Karczewski, Ptaki Polskie, Piotr Włódarczak
Zdjęcie Arek Glaas
I miały po kilkaset lat. A że było ich 8, to łącznie mogły mieć ponad 2 tysiące lat!
Ale zacznijmy od początku, czyli od ich końca. Czyli początek końca. Drzewa polskie.
Kilka lat temu wybrałem się na weekend do Mamy. Już z daleka uderzyła mnie wyrwa w znanym mi od zawsze krajobrazie, rozgrodzony płot wzdłuż naszej posesji i widok ogromnych pni leżących na skraju drogi na końcu wsi. Tam, gdzie zaczynają się pola, a jeszcze niedawno, od kilkuset lat rosły dwa potężne dęby i trzy miododajne lipy – echa dawnej alei. Drzewa polskie i spełniały kryteria ochrony pomnikowej, mimo to skończyły, tak jak każdego dnia kończą tysiące drzew w całej Polsce. Gdy tylko minął pierwszy szok, dowiedziałem się, że decyzją gminy na ścięcie czekały już trzy stare jawory…
Drzewo jest jak mała planeta. Ileż rzeczy można z nim robić.
Pomnikowe olbrzymy powalono pod koniec kwietnia, a więc niezgodnie z prawem, którego działanie w tym przypadku było szczególnie zasadne. Mowa o wiekowych, dziuplastych drzewach, które w owym czasie były już zasiedlone przez ptaki. W poprzednim sezonie tylko te pięć rosnących w naszym sąsiedztwie było domem dla 12 par ptaków różnych gatunków. Nie będę się rozpisywać o tych, które wpadały tam, żeby coś zjeść, ani o milionach owadów, ani o setkach kilogramów żołędzi, ani o tlenie, który produkowały… Ścięcie starego drzewa jest jak zniszczenie małej planety – całego mikrokosmosu. Niektóre organizmy zależą od niego całkowicie i może się zdarzyć, że żyją zaledwie na jednym lub kilku drzewach. Inne wiążą się ze swoim gospodarzem tylko sezonowo lub okazjonalnie. Im drzewo jest większe, starsze, bardziej dziuplaste i rosochate, tym więcej ma do zaoferowania. Tym większa i bardziej różnorodna jest jego planeta i… wielkość zniszczenia, gdy zostaje ścięte. Jeden 100-letni dąb, na przykład, utrzymuje więcej życia niż 100 małoletnich dąbków! Poza tym wiadoma sprawa, fajnie jest się o drzewo po prostu oprzeć i popatrzeć w górę w chwiejącą się na wietrze koronę. Gdy pracujesz z ludźmi oderwanymi od pługa, co jest trudne do spełnienia, bo era pługów lemieszowych przeminęła wraz z moim utalentowanym dziadkiem – kowalem, który nadawał pługom nowego sznytu, to pod wpływem obcowania z takim drzewem napełnia Cię spokój. Zawsze można też zrobić sobie przy drzewie siku, albo ostrym kozikiem wyryć: Ja + Super Kobieta (podać inicjały) = WM. No nie…teraz żartowałem, żadnego okaleczania drzew ! Kiedyś porwałem dziadkowi z kuźni ostry nóż do korekcji końskich kopyt (robił to codziennie) i zacząłem odzierać wielki orzech na podwórku z jego kory. Podobało mi się, że pod spodem jest taki nieskazitelnie biały i oderwałem korę z całego pnia wokół na wysokość metra (więcej nie sięgnąłem) i pochwaliłem się dziadkowi, że upiększyłem jego ulubionego orzecha. Dziadek o mało zawału nie dostał i gdybym nie był jego ukochanym wnuczkiem, to przypaliłby mnie rozżarzonym żelazem jak bydło podczas znakowania. Na szczęście orzech przeżył, a jego brak kory na zawsze został symbolem mojej głupoty.
Mogłoby ucierpieć drogie ogrodzenie albo ręce.
Heniek – nasz sąsiad, lokalny biznesmen i prawdopodobnie jeden z dwóch najbogatszy ludzi we wsi, postawił nowy dom i otoczył go kutym płotem na ceglanym cokole. Dom postawił na swojej rodzinnej posesji, po przeciwnej stronie drogi, przy której rosły wiekowe drzewa. Gdy dom już stał i parkan również, doszedł do wniosku, że stare drzewa mogą stanowić zagrożenie dla jego majątku. Gdyby któreś z nich się przewróciło lub nawet gdyby odłamał się od nich jakiś konar, to mogłoby ucierpieć drogie ogrodzenie. Budynki nie były narażone. Właściciel, korzystając ze swoich praw, zwrócił się zatem do miejscowego urzędu gminy prosząc o usunięcie potencjalnie zagrażających drzew. Urząd rozpatrzył pozytywnie jego wniosek.
Podanie Heńka i decyzja gminy zachęciły innych mieszkańców do podobnych działań.
Do urzędu szybko wpłynął drugi wniosek. Tym razem trzeba było naprawdę sporej wyobraźni, aby uwierzyć, że drzewa rosnące po drugiej stronie drogi mogłyby zagrozić budynkowi lub nawet ogrodzeniu. A jednak: wyobraźnia dopisała! Najbardziej irytowały liście, które wiatr jesienią zanosił na bardzo skądinąd zadbane i wypieszczone obejście oraz cierpienie właścicieli wywoływane „odciskami na palcach od ciągłego zagrabiania liści”. Na jawory wydano wyrok.
Specjalna komisja specjalna.
Chcąc dowiedzieć się jak doszło do takiego prawnie umocowanego wandalizmu i, przede wszystkim, uratować wciąż jeszcze żywe jawory, zadzwoniłem do urzędu gminy. Okazało się, że za sprawy ochrony środowiska w gminie odpowiedzialna jest Mariola – mieszkanka naszej małej wsi i na dodatek moja krewna. Ucieszyłem się, bo zawsze myślałem, że to świetna dziewczyna i bardzo ją lubiłem. Gdy porozmawialiśmy o pogodzie i dowiedzieliśmy się co u nas słychać, zapytałem o ścieżkę decyzyjną w sprawach ochrony przyrody, w szczególności tych dotyczących żywych pomników oraz cięć drzew i zakrzewień. Dowiedziałem się, że tego typu sprawy opiniuje osoba odpowiedzialna za ochronę środowiska (w tym przypadku Mariola), a ostateczną decyzję podejmuje jej przełożony, przeważnie naczelnik urzędu. Klimat rozmowy zdążył mocno zgęstnieć. Zapytałem dlaczego gmina zezwoliła na wyrąb pomnikowych dębów i lip zamiast otoczyć je ochroną lub nawet zrobić z nich lokalną atrakcję. Po chwili milczenia usłyszałem:
– Wiedziałam, że to się tak łatwo nie skończy i będą problemy! Chodziłam i mierzyłam te drzewa kilka razy. Nie chciałam brać tej odpowiedzialności na siebie. Powołałam specjalną komisję – był naczelnik, leśniczy, przedstawiciele rady sołeckiej, Heniek. Wszyscy widzieli te drzewa… – Dlaczego nie uświadomiłaś tych ludzi? Przecież to twoja rola. W najgorszym wypadku wystarczyło je przyciąć, noże by jeszcze pożyły kilka lat – ciągnąłem dalej. W Marioli narastało zdenerwowanie – Bo ty nie wiesz jak to jest z ludźmi. Jak poszłam do Marcinkowskich, żeby zabezpieczyli gnojowicę, która płynie drogą i ludzie się skarżą do gminy, to wyzwali mnie od różnych. Powiedzieli, że zrobiłam się wielka pani, bo w gminie pracuję, ale jak tak dalej pójdzie, to za długo tam nie posiedzę, a oni to załatwią!… Wiesz, po wszystkich się tego spodziewałam, ale nie po tobie!… Kolejne telefony i próby wyjaśnienia sytuacji, a przede wszystkim nawiązania współpracy i powstrzymania decyzji o usunięciu kolejnych drzew nie przyniosły żadnego rezultatu.
Gwałtu! Rety!
Zdesperowana Mariola interweniowała u drugiego wnioskodawcy – tego od jaworów. Strategiczne posunięcie, bo ów wnioskodawca również jest moim krewnym i to bardzo bliskim. Tym razem to do mnie dzwoniono i nie były to miłe telefony. Usłyszałem o sobie rzeczy, które zwykle uważa się za (bardzo) obraźliwe. Znowu padło dramatyczne „Po wszystkich się tego spodziewałem, ale nie po tobie!” I znowu moje zapewnienia, że nie chodzi mi ani o stanowisko Marioli(?!), ani o szczęście Wnioskodawcy, ale o kilkusetletnie drzewa, którym należy się szacunek i ochrona, zdały się na nic. Nie pomogły też argumenty, że przecież te drzewa dają nam tlen i wodę, i… W gruncie rzeczy nic z tych rzeczy nie udało mi się powiedzieć, taki był krzyk po drugiej stronie. Podobno decyzja była na takim poziomie zaawansowania, że już nie dało się jej powstrzymać, a z Mariolą nie mogłem rozmawiać, bo wyjechała na szkolenie. Jawory padły.
Sami swoi.
Okazało się, że w radzie sołeckiej, która zgodziła się na ścięcie tych pierwszych drzew zasiadał mój (drugi) brat. Zapytałem go, jak to się stało, ze pozwolili zrąbać pięć kilkusetletnich drzew? Ten, trochę zmieszany, mówi mi, że coś przeczuwał, że to mogłyby być nawet pomniki… – Nikt nam nic nie mówił, a my się na tym nie znamy, to skąd mogliśmy wiedzieć?! – To albo się douczcie, albo w ogóle nie zabierajcie się za rzeczy, na których się nie znacie – odparowałem. – Chłop poprosił, to dlaczego mieliśmy się nie zgodzić?
Krewni obrazili się na mnie, sąsiedzi przestali odzywać się do Mamy, a Mama zarzuciła mi, że „dla starych, głupich drzew sieję zgorszenie we wsi i kłócę się z własną rodziną!” – Mamuś, właśnie o to chodzi, że stare. I na pewno nie głupie.
Stare, mądre i zdrowe drzewa.
Wnioskodawcy uzasadniając swoje podania sięgnęli po najbardziej „oczywisty” argument
twierdząc, że drzewa były stare i w każdej chwili mogły zostać powalone przez wiatr. Urzędnicy uznali ich argumenty za zasadne. Tymczasem powalone pnie nie wykazywały żadnych oznak choroby, czy słabości. Poza kilkoma martwymi konarami oraz jedną z lip, która rzeczywiście próchniała wewnątrz, drzewa były zupełnie zdrowe i w świetnej kondycji. Moje spostrzeżenia potwierdził leśniczy. Zapewniał, że przekazał informacje o dobrym stanie urzędnikom i zachęcał ich do pozostawienia drzew, które powinny były być chronione jako pomniki przyrody. Ubolewał, że jego uwagi nie zostały uwzględnione. Na pocieszenie opowiedział o całej alei wiekowych dębów, które osobistym staraniem uratował przed drwalami w gminie. Przy okazji dowiedziałem się również, że wewnętrzne próchnienie i tworzenie się czegoś na kształt rury jest charakterystyczne dla lip i paradoksalnie wzmacnia ich odporność na podmuchy wiatru i złamania. Sam pamiętam, że jako dzieci, razem z Heńkiem, bawiliśmy się w takich ogromnych, głębokich na kilka metrów dziuplach, w wielkich starych lipach. Mój ojciec z nieistniejących już drzew zbierał kwiaty na herbatę. Z lipowym miodem z pasieki drugiego sąsiada, pachniała i smakowała wspaniale.
Mój dziadek – ten kowal – też miał swoją małą pasiekę pszczół i one pracowały na wielkich lipach rosnących naprzeciwko domu, na tym wielkim pożytku, a miodzik był oczywiście cudowny. Nieopodal mieliśmy też swoją jabłoń w babcinym ogrodzie, a każdy jej wnuczek miał przydzieloną swoją gałąź w zależności od wieku i ważności chłystka. Ja miałem gałąź na samym dole…w końcu byłem najmłodszy w ferajnie. Przesiadywaliśmy na naszym drzewie całymi dniami i strzelaliśmy z procy do naszej kuzynki. Niestety, dwóch z moich kuzynów z drzewa już nie ma, jednego pochowaliśmy 2 miesiące temu, a drugi zastrzelił się kilka lat temu. Padamy jak te stare drzewa.
Czy u Was też były (jeszcze są) takie drzewa?…
Dlaczego urzędnicy w trosce o mienie obywateli nie zatroszczyli się o ich (i nasze!) środowisko i krajobraz? Bezmyślność, brak wiedzy, brak kompetencji, czy strach – może wszystko razem? Zaczęło się od inspektora budowlanego, który pozwolił wybudować dom w krytycznej odległości od pomnikowych drzew. Przecież one były tam pierwsze. Wystarczyło przesunąć budynek o kilka metrów. (Miejsca na posesji Heńka jest bardzo dużo!) Nawet jeżeli w grę wchodziły tzw. relacje społeczne, to tym razem cena za nie była zbyt wysoka i po prostu niekonieczna.
Martwe pnie leżały bardzo długo tam, gdzie kiedyś stały okazałe drzewa. Mariola chyba do dziś się do mnie nie odzywa. Ostatnie, co mi powiedziała, to: „Teraz jak spojrzę
na jakieś drzewo, to już zawsze będę pamiętać, co to może oznaczać…” Wziąłem to za dobrą monetę. Moja nadzieja runęła jednak kilka lat później razem z kilkusetletnim dębem, który rósł na środku podwórka Kulasiewiczów. Ogołocony, martwy pień zalegał tam potem wiele miesięcy, bo w całym regionie nie było maszyn, które mogły sobie poradzić z obróbką tak wielkiego drzewa. Mimo upływu lat, wciąż pęka mi serce za każdym razem kiedy patrzę na drogę, tam, gdzie kiedyś rosły (sobie i nam) dęby i lipy, w cieniu których się wychowywałem. Nawet gdyby teraz ktoś posadził nowe, to ani ja, ani nawet moje praprawnuki drugich takich by się nie doczekały. Uszkodzony płot lub nawet budynek możesz odbudować w ciągu kilku godzin albo dni, na dojrzałe drzewo musisz poczekać sto albo kilkaset lat!
Czy u Was też tak jest?…