Co nas nie zabiło, to nas wzmocniło – cz. 1
Data 1 września w dziejach naszego kraju, w historii Europy i świata nie kojarzy się zbyt dobrze. Wtedy rozpoczęła się II wojna światowa i ruszyła machina wojenna niszcząc wokół wszystko i pociągając za sobą miliony ofiar. A w dzisiejszej rzeczywistości, w czasie pokoju, w tym dniu rozpoczyna się u nas nowy rok szkolny, a wakacyjne wypady odchodzą do lamusa. Dla mnie ta data również kojarzy się negatywnie, nie tylko ze względu na nadchodzącą co roku nieuchronnie szkołę i korki na ulicach, ale z uwagi na rozpoczęcie w moim życiu rocznej praktyki produkcyjnej w PGR Kaźmierz, niedaleko Szamotuł, która nagle wdarła się w moje studenckie życie i dostarczyła wiele niezapomnianych chwil, o których właśnie Wam opowiem. W ten oto sposób praca na farmie się zaczęła, a dla nas mieszczuchów to był zupełnie inny świat.
Welcome to Sokolniki Wielkie. Praca na farmie się rozpoczyna.
Taka była konsekwencja tego, że zdałem maturę w VIII LO w Poznaniu, a potem zdałem egzaminy wstępne i dostałem się na wydział zootechniczny Uniwerstytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Niby nauka popłaca, a tutaj niespodzianka…wszyscy, którzy z takim trudem się uczyli i zaliczali kolejne egzaminy, teraz zostali skoszarowani, zapakowani w autobus i wywiezieni do PGR na cały rok. A wszystko to odbyło się dnia 1 września, gdy większość studentów miała wolne. Był to nowy program praktyk zafundowany nam przez naszą uczelnię, która postanowiła wyjść przed szereg i teorię z zakresu zootechniki i rolnictwa, zanim jeszcze ją posiedliśmy, przekuć w praktykę. I tak się stało. Praktyka polegała na tym, że zamieszkaliśmy we wsi Sokolniki Wielkie i kierownik naszego zakładu, którego nazywano „Arabem”, traktował nas jak tanią siłę roboczą, co w sumie wyszło nam na dobre. Pracowaliśmy najpierw w produkcji roślinnej obsługując maszyny do czyszczenia zboża, zaprawiania materiału siewnego, ładowaliśmy nawozy do samolotów rolniczych „Antek”, a wszystko po 12 godzin na dobę. A po pracy fundowano nam czyn społeczny, kiedy to malowaliśmy krawężniki na biało, pieliliśmy trawniki i malowaliśmy ją na zielono, żeby otoczenie podobało się partyjnym bonzom często wizytującym nasze przybytki. Potem przyszła kolej na produkcję zwierzęcą i po kolei zapoznawaliśmy się z podstawowymi arkanami wiedzy z zakresu pracy w oborze, cielętniku, stajni, chlewniach, a także owczarniach.
Irek daje czadu
Wraz ze mną, na praktykę do tego samego zakładu trafił między innymi mój dobry i sympatyczny kolega – Ireneusz. Pamiętam, że podczas jesiennych siewów, Irek wkradł się w łaski naszego „Araba”, który generalnie uważał nas za debili, i został kierowcą traktora, który brał udział w wielkiej akcji ojczyźnianej czyli orania ogromnych połaci pól. Przez jakiś czas wszystko szło dobrze, ale pewnego dzionka Ireneusz wpadł nowym ciągnikiem Ursus C 360 – dumą PGR – do rowu powodując liczne uszkodzenia drogiego sprzętu. Wszystko wydarzyło się na prostej drodze i „Arab” nie potrafił zrozumieć co takiego mogło się wydarzyć ? Tymczasem Ireczek zagapił się na zakonnice maszerujące gęsiego poboczem w swoich strojach urzędowych. Kolega był tym zjawiskiem bardzo zafascynowany, zwłaszcza że wydarzyło się to w szczerym polu, w okolicy, gdzie nawet psy nie szczekały, bo wszystkie już dawno zdechły, nie dziwota więc, że stracił poczucie rzeczywistości. Gdy po kilku dniach Irek uszkodził kolejny ciągnik, kierownik odsunął go od tej ważnej funkcji i zachował wobec niego daleko idącą podejrzliwość i dystans. Zawsze, gdy na terenie zakładu doszło do nowych uszkodzeń jakiejkolwiek maszyny (np. raz przewróciła się NRD-owska maszyna ważąca kilka ton), „Arab” przyjeżdżał na miejsce zdarzenia i przekrwionymi oczyma nerwowo lustrował otoczenie.
– Czy był tutaj Pan Walerowski ? – pytał zawsze zebranych wokół ludzi, ponieważ myślał, że Ireneusz jest przyczyną wszystkich klęsk i niepowodzeń jak amerykańska stonka zrzucana na ziemniaki.
Arab w kłopocie
Również i ja miałem bliższy kontakt z naszym „Arabem”, ale było to już kilka miesięcy później, w okresie sianokosów. Nasz kierownik jeździł ruskim łazikiem i uwielbiał hasać nim po polach, czasem miał nawet taką fantazję, że rozpędzonym autem wjeżdżał w kopczyki siana na polu, gdyż uwielbiał rozbijać je maską samochodu i patrzył jak siano fruwa wokół, a on z impetem mknął dalej. Pewnego razu wydarzyło się jednak coś dziwnego. Mianowicie „Arab” wziął kurs na kolejną kupę siana i dodając gazu z łoskotem uderzył w nią, tak jak zwykle. Nagle samochód stanął w miejscu, wbił się po prostu w kopczyk i utknął, przednia szyba rozbiła się w pył, tak samo reflektory na przodzie łazika, który pogiął się jak przy uderzeniu w mur. Huk był niemiłosierny i dobrze, że „Arab” miał zapięte pasy, bo poszybowałby piękną parabolą w kierunku ziemi wybijając sobie zęby. Ja na szczęście obserwowałem wszystko z boku. Po chwili kierownik doszedł do siebie, ogarnął się i wysiadł, żeby obejrzeć co się stało ? Okazało się, że w sianie, wewnątrz kopca, ukryte były worki z nawozem mineralnym, ktoś musiał je tam sobie schować, aby w nocy przyjechać po swój łup. Złodzieje nie przewidzieli tylko zwariowanej szarży „Araba”, który zdemaskował ich kanał przerzutowy, otrząsnął się szybko po zderzeniu, podrapał się po brodzie i powiedział do mnie (gdy się zbliżyłem):
– Ale kradną skurwysyny !
Co nasze to moje, co moje to nie Twoje
Z procederem kradzieży, a raczej z „pożyczaniem sobie mienia państwowego” zetknąłem się na chlewniach. Obsługa przychodziła do pracy ubrana w grube kufajki, co nie powinno wydać się dziwnym, jednak mieliśmy wówczas lato ! Dziwiłem się, że pomimo upałów, zakładają te ciężkie kurtki i pocą się niemiłosiernie, ale szybko przestałem się dziwić, gdy pracownicy oznajmili mi, że pod kurtką mają zawieszone rulony z paszą. Paszę ładowali w pończochy i w ten sposób powstawało coś na kształt kiełbasy, którą wywozili pod ubraniem, na rowerze przez bramę. Kurcze, jak za czasów wojny i przemytu kaszanki, Polacy to jednak naród partyzantów ! Ponieważ pracownicy PGR dostawali małe prosięta w tak zwanym deputacie, po jakimś czasie pomysł z paszą został udoskonalony, bo zamiast codziennie wywozić paszę i ryzykować wpadkę na bramie, pracownicy przemycali swoje małe świnki i wpuszczali je do tuczarni wraz z innymi – „państwowymi”. Hasały sobie i żarły paszę przez kilka miesięcy, a gdy nadszedł ich czas dostawały w łeb i przerzucane były przez płot na drugą stronę, skąd były podejmowane przez wspólników. Cała akcja też była dość skomplikowana technicznie, ale odbywała się 1-2 razy w roku, a więc ryzyko było mniejsze. Dodatkowo mogli sobie wybrać najdorodniejsze sztuki, bo ich zdaniem takie właśnie okazy należały do nich, bo tylko te „państwowe” były zawsze chude i kiepskie. „Taka jest właśnie różnica między mieniem państwowym, a prywatnym” – mawiali.
Cygan postrachem wsi
Po jakimś czasie rządy na chlewni objął niejaki „Cygan”, który był trochę niezrównoważony i państwowy zootechnik bał się go jak rozjuszonego knura i omijał chlewnie szerokim łukiem. „Cygan” został zesłany do pracy na chlewni przez „Araba” ponieważ nie sprawdził się w roli operatora ogromnego zestawu orającego. Kierownik nakazał mu zdanie maszyny i udanie się do chlewni. Udało się to dopiero na trzeci dzień po wydaniu polecenia służbowego, ponieważ w pierwszym „Cygan” obraził się i wyrwał kierownicę ze swojej kabiny i poszedł z nią do domu, żeby nikt obcy nie panoszył się na jego siedzeniu. Na drugi dzień zaostrzył swój protest i zaorał małą rzeczkę płynącą niedaleko bloków. Woda szybko zmieniła kierunek i popłynęła w kierunku wsi zalewając piwnice w blokach. To dolało oliwy do ognia, bo mieszkanki były już dostatecznie mocno zdenerwowane faktem, że pilot „Antka” fruwał sobie nad pobliskimi polami i wypuszczał saletrę potasową. Nie zamykał jednak przy tym śluz samolotu i czerwony pył pokrył wszystkie suszące się na sznurach białe prześcieradła, pościele i gacie mieszkanek wsi. Sytuacja zrobiła się dość gorąca i interweniować musieli chłopcy z Milicji Obywatelskiej. Praca z „Cyganem” układała się nam potem dość dobrze, dwa razy dziennie karmiliśmy tysiące tuczników nosząc setki ciężkich worków z paszą na ramieniu i sypiąc ją do koryt. To znaczy my nosiliśmy, studenci, bo „Cygan” stał na kupie worków i ordynował nami, jak generał podczas bitwy swoimi pułkami, tylko buławy mu brakowało. Dzięki temu jednak nabyłem niezbędnej tężyzny fizycznej. Wspólnie poiliśmy też nasze świnie wywarem gorzelnianym, a gdy dostały za dużą dawkę, spiły się na umór, co „Cyganowi” się bardzo podobało, bo wtedy upodobniały się do niego. Gdy tak leżały spite na podłodze kojców, wjeżdżaliśmy nagle rowerami do chlewni i z impetem jeździliśmy wzdłuż ganku paszowego nadużywając dzwonków. Podchmielone tuczniki zrywały się z podłogi i pomimo że miały cztery kończyny trudno im było ustać na nogach. Biedne świnki, kac je pewnie męczył, miały problemy z dostaniem się do poideł, żeby ukoić pragnienie, a my je stresowaliśmy. W ten sposób obniżaliśmy przyrosty tuczników w Polsce Ludowej.
Chłop szczurowi nie popuści
Fajna zabawa była z polowaniem na szczury przy użyciu wyspecjalizowanych psów „Cygana” rasy kundel, które warowały godzinami nad wszelkimi dziurami w ganku paszowym i czekały na wyskakujące gryzonie. Oczywiście one nie za bardzo chciały wyskakiwać, ale gdy przez pół godziny wlewaliśmy wodę do stwierdzonej dziury w podłodze, to nie miały wyjścia. Pieski „Cygana” chwytały je w locie i jednym kłapnięciem szczęki unicestwiały ich kręgosłupy. I taka oto zabawa, a właściwie walka o byt odbywała się w naszej komunistycznej Farmlandii.
Zapraszam do drugiej części opowieści:
https://przygodypiotra.pl/farmlandia/co-nas-nie-zabilo-to-nas-wzmocnilo-cz-ii/