Partyjny watażka się czepia, a praca na farmie trwa
Partyjny watażka dziarskim krokiem wkroczył do jałownika, ale nie pobył w nim zbyt długo, bo jak szybko wszedł, tak samo szybko z niego wyszedł. Spojrzał spode łba na naszego kierownika „Araba”, a potem na mnie i powiedział kwaśno:
– Ale te krowy jakieś takie brudne, zgnojone…że tak powiem. Nie nadają się – podsumował i machnął ręką na ekipę telewizyjną, która przyjechała wraz z nim, żeby na taśmie uwiecznić sukcesy rolnictwa w Polsce Ludowej. No, ale nie udało się. Jak filmować i chwalić się brudnymi jałówkami ? Na podwórzu, na froncie wielkiej stodoły majaczył koślawy napis: „Chcesz lepiej żyć, to lepiej pracuj” i miał codziennie zagrzewać nas do boju. A tutaj okazało się, że zlekceważyliśmy sobie nasze zadanie. „Arab” zdenerwował się złą oceną sekretarza, sam wkroczył władczym krokiem do obory, żeby zlustrować sytuację. Faktycznie, krowy uwalane były sianem i sieczką ze słomy, całe zakurzone, wyglądały jakby dopiero co wytarzały się w sianie.
– Włódarczak – krzyknął do mnie. Ty żeś nic nie robił cały dzień ! – podsumował moje wysiłki przełożony, wskoczył do swojego gazika i odjechał w siną dal. Jeździł teraz wolniej, a snopki siana omijał szerokim łukiem. A moja praca na farmie była bez zarzutu.
Ale czy faktycznie nic nie robiłem ? Od samego rana, gdy tylko dowiedzieliśmy się o wizytacji bonza z PZPR i ekipy telewizyjnej, wzięliśmy się do mycia wszystkich jałówek w oborze. Były czesane, pieszczone, jakby to były pieski rasy Pudelek, a oporne plamy na sierści czyszczone nawet szczotką i wodą z proszkiem. Po kilku godzinach naszej mitręgi zwierzęta lśniły jak ta lala, wyglądały jak jałówki za milion dolarów i oślepiały swym blaskiem mocniej od tarczy słonecznej. Zatem z zadowoleniem czekaliśmy na naszych gości, ale nie przyjeżdżali i nie przyjeżdżali. A bydełko, jak to bydełko, chciało jeść i przeżuwać. Z godziny na godzinę robiło się coraz bardziej nerwowe, a gdy tylko ktoś pojawił się w otoczeniu obory, krasule wyły jak jakieś wyjce, jakby głodzono je tydzień i w ten sposób starały się zwrócić naszą uwagę na siebie i chciały dostać coś na ząb. No, w takim stanie nie mógł zobaczyć ich ktoś ważny z PZPR. Zatem zadaliśmy naszym milusińskim siana. Były tak ukontentowane że rozrzucały sobie jego długie źdźbła po szyi, grzbiecie i zadzie, tak że szybko pokryły się nim i kurzem od stóp do głów . I wtedy nadjechał nasz sekretarz i czar prysł.
Kisimy, kisimy…
Z bydłem kojarzy mi się kiszonka, którą co roku mozolnie przygotowywano, żeby zabezpieczyć paszę na okres zimowy, choć nie tylko. Był wówczas październik i rzucono mnie wraz z kolegą na ten odcinek robót. Surowiec dowożony był i ugniatany przez specjalne ciągniki, a my chodziliśmy z widłami po pryzmie wyrównując różnego rodzaju górki. Do pracy przydzielono również „Cygana”, który komenderował nami na szczycie pryzmy i zagrzewał do pracy niewybrednymi okrzykami. Tak się akurat złożyło, że mój kolega postanowić wbić swoje widły w nierówną część pryzmy, żeby ją wygładzić, ale podczas tego procesu, gdy widły były już w ruchu, zauważył, że nagle tuż przed nim wyrosły czyjeś nogi w czarnych, nowych i śmierdzących jeszcze gumą kaloszach. Widły przebiły kalosza i przyszpiliły stopę do pryzmy, tak jakby to był motyl, którego poszukiwacz przygwoździł do ścianki w swojej gablotce. Kolega był niskiego wzrostu i gdy spojrzał w górę, ujrzał nalaną twarz „Cygana”, któremu gula skoczyła na najwyższy poziom. Przez chwilę wszyscy stali w ciszy, a potem okazało się, że na szczęście noga poszkodowanego jest nieuszkodzona, zęby wideł wbiły się idealnie pomiędzy palcami jego stóp i nawet ich nie zarysowały. Cóż za precyzja. Kolega ucieszył się, że nic się nie stało, ale „Cygan” nie podzielał jego zadowolenia. Był tak wściekły, że stracił nowego kalosza, z takim trudem zdobytego w naszym magazynie, że lepiej było schodzić mu z drogi do końca dnia. Tymczasem po kilku godzinach pracy zachciało nam się pić….no nie…nie wódki, tylko normalnej herbaty lub kawy. W ruch poszły garnuszki i kubki, a ponieważ nie wziąłem mojego, ktoś dał mi używany blaszany kubek z gorącą herbatą w środku. Wypiłem połowę, a resztę przekazałem koledze, który widłami przyszpilił „Cygana”. Po krótkiej przerwie wzięliśmy się znów do roboty, a po dalszej godzinie dał się słyszeć pomruk niezadowolenia, który przetoczył się przez naszą pryzmę, jak grzmot pioruna po niebie.
– K…mać ! – gdzie jest mój garnuszek ? – wrzeszczał „Cygan”.
Robotnicy szybko wskazali na mnie, że wziął go „Długi” (uwaga do mojego wysokiego wzrostu) i tak w łeb wziął szybko sojusz robotniczo-chłopski z inteligencją pracującą. Ja ze spokojem wskazałem właścicielowi kubka mojego kolegę, który niedaleko wyszarpywał coś widłami na powierzchni pryzmy. Gdy „Cygan” dopadł do niego z żądaniem zwrotu kubka, okazało się, że kolega go zgubił ! Położył gdzieś obok i teraz nie wie gdzie jest. Po minucie skonstatował, że naczynie jest na pewno pod kolejną warstwą kiszonki, po prostu zostało przywalone przez następną porcję przywożonego surowca. No i ulubiony kubek „Cygana”, z którego ten zawsze pił swój samogon przepadł w olbrzymiej masie kiszonki. „Cygan” wkurzył się i wyrzucił kolegę z roboty, a konkretnie kazał mu wypierdalać i nie pokazywać mu się więcej na oczy, bo nie nadaje się do żadnej pracy. Kolega bardzo się tym przejął i niedługo po tym fakcie zrezygnował z zootechniki, aby po wielu latach zostać znanym w Poznaniu kardiochirurgiem. No w końcu miał tę precyzję w ruchach. Mógłby nawet zoperować „Cygana”, ale ten pewnie by się bał, że chirurg zostawi mu coś na pamiątkę w jego trzewiach, jakąś zapomnianą chustę albo garnuszek, skoro ma taką tendencję. No, ale chyba podczas operacji nie popijają sobie kawki, więc jego strach był nieuzasadniony. A co do blaszanego kubka zagubionego w kiszonce, odnalazł się na wiosnę, gdy zaczęto odkrywać pryzmę i ściągać kolejne warstwy po kolei. „Cygan” spotkał mnie nawet w sklepie spożywczym na wsi i krzyczał do mnie: „powiedz temu koledze, temu konusowi co zgubił mój kubek, że teraz może już do nas wrócić”. Ale było już za poźno, bo na dobre wciągnęła go medycyna. A wszystko dzięki „Cyganowi”.
Operacja pastwisko
– „Długi”, dawaj bydełko na dwór ! – krzyczeli do nas oborowi, bo nadeszła wiosna i wypuszczaliśmy nasze krasule z obory na łąkę. W tym celu musieliśmy każdą sztukę indywidualnie odpiąć z krępującego ją łańcucha i wygnać na zewnątrz. Stare krasule były już w tym procederze zaprawione i doskonale wiedziały co i jak. Trzeba było tylko uważać podczas prowadzenia stada zadowolonych i brykających krów na pastwisko, żeby któraś się za bardzo nie rozpędziła i nie wzięła nas na rogi. Wtedy spokojny spacer zamieniłby się w gonitwę w Pampelunie, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi codziennie ucieka wąskimi ulicami miasta przed sześcioma bykami, podczas trwania święta ku czci Św. Fermina. Ale podczas spuszczania krów, przy okazji uwolniłem młodą i krnąbną jałówkę, która nigdy nie była jeszcze na dworze. Wydostawszy się na dwór pognała w siną dal i na wiejskiej polnej drodze pozostał po niej tylko tuman kurzu. Gdy nasze krowy powróciły już do obory, jałówki nie było i nie było. Minął dzień i dwa i wciąż nic, młoda krowa nie wracała do swojego domu. Po jakimś czasie zaczęto sobie o niej opowiadać, że widziano ją tu, a tu, że o świcie wyłoniła się z łąki, wyszła z lasu, że na rogach wyniosła suszące się galoty przed blokiem. Powoli obrastała w legendę. Aż po tygodniu znalazł ją jakiś traktorzysta, obłaskawił i przywiązawszy do przyczepy, jak młody Czereśniak w „Czterej pancerni i pies”, przyprowadził do obory. Ale mi się oberwało, bo jałówki, a właściwie pierwiastki nikt przez ten czas nie doił i dostała zapalenia wymienia Bidulka.
Owce grandzą…
Z przeżuwaczami, a konkretnie z owcami miałem też inną niewygodną historię. Pewnego dnia postanowiłem iść z jednej wsi do drugiej na skróty, przez wielkie pastwisko. Na samym środku pasły się leniwie merynosy, na kwaterze było ich około 500 sztuk. Żeby pokonać tę przeszkodę, przeskoczyłem przez drewniany płot do środka i szedłem między owcami, które odwracały się do mnie i zainteresowane szły po prostu za mną. Gdy natrafiłem na koniec ich kwatery, ponownie przeskoczyłem przez ogrodzenie i poszedłem dalej. Ale za plecami słyszałem wzmożone beczenie owiec i ostrzegawcze trzaski naprężającego się drewna pod naporem zwierząt, które jak fale sztormowe napierały na falochron. Nagle zapora z desek pękła i rzeka merynosów wylała się na zielone runo, a owce zadowolone zaczęły za mną pędzić. Jeśli mnie ktoś goni, to uciekam, tak zrobiłem i tym razem, ale owce tym zacieklej mnie ścigały, a wymiona trzęsły się im na potęgę, a dzwonki u ich szyi dzwoniły jak na mszę. Wreszcie wpadłem do mojej wioski, a kilkaset owiec wraz ze mną. Zaraz rozlały się po PGR-owskim osiedlu i całej wsi, zaczęły wyjadać trawniki, kwiaty, przewracać kosze na śmieci i targoliły z nich resztki, poprzewracały słupy podtrzymujące linki z suszącymi się prześcieradłami i zaczęły szamotać się w pościeli. Zrobił się mały rejwach i „Arab” musiał rzucić znaczne siły do opanowania sytuacji, tyle, że był bardzo zły, że ktoś zdestabilizował pracę w PGR, no i zniszczył drewniane ogrodzenie.
Głodne wilki w Niemczech
Historia z owcami przypomniała mi z kolei czasy naszej praktyki studenckiej w Niemczech Wschodnich, wtedy istniało jeszcze takie satelickie państwo komunistyczne zależne od ZSRR. Było to w górzystym terenie niedaleko Eisenach, a my – ponieważ był już listopad – prowadziliśmy z dwójką naszych niemieckich przewodników owce zegnane po sezonie z pastwisk, do ich rodzinnych domów. Każda owca była oznakowana, tak że po przybyciu do danego domostwa, gospodarz szybko wyszukiwał swoje podopieczne, zabierał je do obórki, a nas częstował mocnym niemieckim sznapsem – wódeczką. Po kilku wizytach byliśmy już nieźle wstawieni i było nam wszystko jedno kto i co zabiera z naszego topniejącego jak śnieg na wiosnę stadka. W pewnym momencie szliśmy przez wielkie pole położone w terenie górzystym i zobaczyliśmy przed sobą sporą górkę. Nagle usłyszeliśmy warkot wielkiego silnika, który zbliżał się do nas z każdą chwilą, a ziemia trzęsła się nam pod nogami. „Co to u licha jest ? – zastanawiałem się wraz z kolegą. Czy to jakieś zwidy po tylu sznapsach ? Po kilkunastu sekundach wszystko się wyjaśniło, bo zza góry wyskoczył na nas radziecki transporter opancerzony (NRD było wtedy pod okupacją wojsk ZSRR). Sunął na nas jak wielki stwór, a potem zatrzymał się przed czołem naszego stada. Włazy się otworzyły, a z nich wyskoczyło dwóch ruskich sołdatów i dawaj, wzięli się za nasze owce, jakby należały do nich. Chwycili tłustego merynosa za tylną racicę i wciągali go na siłę do wnętrza transportera przez otwór po włazie. Owca broniła się, wierzgała jak koń na rodeo, potrząsała ruskiem tak bardzo, że aż czapka czołgisty z radziecką gwiazdą na czole spadła mu z głowy. Koledzy zagrzewali go do boju krzycząc:
– Kola, dawaj, dawaj !
W końcu jednak zwierzak uległ przemocy, ruska armia zawsze bierze, to co chce. Owca wylądowała w trzewiach transportera, który odjechał, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Gdy pojazd stał się tylko małym punkcikiem w oddali zapytaliśmy Hansa – naszego przewodnika: „A co powiemy Helmutowi ? – właścicielowi tej owcy, gdy ze stadem zejdziemy do wsi”. Hans pomyślał chwilę, wzruszył ramionami i powiedział ze spokojem: „Oj tam, oj tam, powiemy, że wilki zjadły i tyle”. Mmmm….no i człowiek nie podskoczy, takie prawo wilków, że też muszą coś jeść. Tylko sęk w tym, że w owym roku wilki były nadzwyczaj głodne, a zaginione owce nakarmiłyby również wilki z krajów sąsiednich.
A czytałeś już część pierwszą opowieści: