Przygoda w Niemczech. Preludium.
Nasza krótka przygoda w Niemczech rozpoczęła się od telefonu od mojego przyjaciela:
– Piter, jedziemy do Niemiec do Cloppenburga ! – krzyczał przez telefon rozentuzjazmowany. „Jutro” – dodał.
– Ale po kiego grzyba ? Co będziemy tam robić ? – zdziwiłem się, bo nie widziałem ekstra powodu, żeby tam jechać.
Zresztą jak można podróżować do kraju, w którym na motyla mówi się: „schmetterling”. W języku angielskim motyl to „butterfly”, we francuskim „papillon”, a w hiszpańskim: „mariposa”. Wszędzie to brzmi tak ładnie i romantycznie, a tak sztywno w niemieckim. To tak jakby gra wstępna się udała i rozochocony lub rozochocona brniesz dalej, a tu nagle Twój partner lub partnerka nie ma zębów i ubrana jest w stare barchany, od razu czar pryśnie. Mniej więcej tyle samo polotu mają Niemcy, choć ładne są i poukładane.
– Nooo…wszystko przez bzykanie, bo moje młode jarki nie mają baranów, żeby się z nimi krzyżować.
Muszę kupić świeżą krew, nową genetykę, żeby ojcowie nie kryli swoich córek na pastwisku – wytłumaczył mi fachowo, co ja – jako zootechnik – doskonale zrozumiałem. Zmienność genetyczna to dobra rzecz, a nawet niezbędna w jakiejkolwiek hodowli. Nadmienię, że jarka oznacza samicę owcy, bo owca to gatunek, a nie egzemplarz płci żeńskiej. Jarka nie oznacza też kogoś kto będzie się jarać niewiadomymi używkami, równie dobrze można nazwać ja maciorką, choć ze świnią ma niewiele wspólnego. Owca to przeżuwacz z czterema żołądkami, a świnia jest wielożerna i jednożołądkowa.
– A daleko pojedziemy ? – zapytałem, bo nie chciało mi się w taki upał (+ 37 stopni Celsjusza na zewnątrz) wsiąść do puszki zwanej autem i telepać się kilkaset kilometrów.
– Eee..nie, 500-600 km ode mnie z domu, weźmiemy dużą Toyotę, mamy klimę i wszystko będzie git. Musimy pojechać za Hanower, a potem w Cloppenburgu jest aukcja owiec i tam mam zamówione trzy tryki (barany) owcy fryzyjskiej z doskonałym pochodzeniem. To będą najlepsze barany tej rasy w Polsce.
A więc dobrze, postanowione, operacja Baran rozpoczęta ! Toyota wyglądała całkiem spoko, numer rejestracyjny: FKR15XL napawał optymizmem. Dlaczego ? No nie widzicie tego niuansu ? FKR = fucker, a 15XL to rozmiar, całkiem ok, nieprawdaż ? Lepsze to niż być penerem, bo wiele lat temu miałem malucha o numerze rejestracyjnym zaczynającym się na PNR.
Wszystko będzie git ?!
Tak zapewniał mnie Boss, ale nie było. Jechaliśmy zestawem: Toyotą Tacoma i przyczepą do przewozu zwierząt, więc jako ciężarówka musieliśmy posuwać się na autostradzie z prędkością 90 km/h, i podróż trwała dwa razy dłużej.
10 km po opuszczeniu naszej bazy w Polsce, bez ostrzeżenia wysiadła klimatyzacja w aucie. Dookoła upał i duchota, a ona była i zdechła. Po kilku minutach zrobiło się swojsko, gorąco i wszystko wokół się lepiło, a przed nami było ponad 1.000 km do zrobienia w obie strony. Super ! Dodatkowo śmierdziało we wnętrzu paliwem, bo kolega zabrał ze sobą kilka kanistrów wypełnionych benzyną, z powodu oszczędności, bo w Niemczech kosztuje ponad 7 zł za litr. Od razu poczułem się jak podczas podróży maluchem za czasów komunistycznych. Brakowało, żeby jeszcze klapę silnika otworzył dla zapewnienia chłodzenia (tak robiło się z fiatami 126 p podczas długich podróży, żeby się nie zagrzały).
Niemiłe powitanie w Niemczech i nutka wspomnień
Nie chodzi o to, że ktoś był dla nas niemiły, że mieliśmy jakieś problemy na granicy, nie, nic z tych rzeczy. Ale kiedyś, gdy istniały dwa państwa niemieckie: NRD i NRF (zwana też RFN), to na granicach żandarmi wschodniej republiki szaleli z psami, teren otoczony był drutami kolczastymi i sceneria przypominała obóz pracy lub nawet koncentracyjny. Tak się dzieje, moi Młodzi, gdy jacyś idioci chcą izolować naród od reszty Europy czy świata i wszystkich wokół się boją. Wtedy narasta izolacjonizm. Dzięki niemu rządzące marionetki bronią się przed porównywaniem ich z resztą świata, bo w takim wypadku szybko okazałoby się, że są zwykłymi pajacami. Pewnego dnia, gdy sam przekraczałem granicę NRD/RFN, wschodni żołnierz postawił mnie przed sobą na baczność, zawołał kolegów w mundurach i ćwiczyli mnie przez 15 minut, po czym prawie stwierdzili, że ta osoba na fotografii w moim paszporcie, to nie jestem ja. Podszywam się pod kogoś i należy mnie odesłać. Kurka, pili jakiś kiepski samogon czy co ? Jak to ja to nie ja ? Na szczęście „prawie” robi wielką różnicę i jakoś w końcu mnie nie deportowano i pałą nie zdzielono po łbie. Uratowała mnie wiza…a raczej pani Wiza – nasza opiekunka grupy. Wytłumaczyła im po niemiecku, że ja biedny polski student – syn chłopów i robotników i jadę do pracy do wschodnioniemieckiego zakładu rolnego i będę uczyć się od nich i poświęcę się budowaniu socjalistycznego państwa niemieckiego. Pogrożono mi palcem za to, że jestem mało do siebie podobny i przejechaliśmy szczęśliwie. Potem z Wizą fajnie spędzaliśmy czas, ale to nie jest opowieść na ten temat, bo to nie jest Pudelek. Przyjmijmy, że uczyła mnie niemieckiego.
Koniowóz ratuje nas z opresji
Zaraz po przekroczeniu granicy polsko – niemieckiej od razu wpadliśmy w ogromny korek, który ciągnął się kilometrami. Powodem zatoru był wypadek TIR-a i osobówek, musiał przyjechać ciężki sprzęt do podnoszenia złomu. Staliśmy na autostradzie ciasno upakowani, samochód przy samochodzie, przez ponad 4 godziny, w pełnym słońcu i upale ! Masakra ! Gdyby w środku jakiegoś auta był pies, to służby i ekolodzy wybiliby szyby, a nami nikt się nie przejmował, mogliśmy zdechnąć i tyle. Wokół kierowcy białoruskich TIR-ów wzięli się za pichcenie kolacyjki i gotowali herbatkę, w laczuszkach i białych skarpetkach. Nie denerwowali się wcale, kierowcy widocznie są przywykli do czekania i po prostu jedli w myśl zasady Jacka Reachera: „jedz póki możesz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja”. O tym, kto to jest Jack Reacher, opowiem innym razem, albo zapytajcie Wujka Google’a.
No a potem zachciało się wszystkim siku, normalne. Pasażerowie biegali gdzieś po poboczu, usiłowali sforsować barierki szukając trochę prywatności, a my ? A my mieliśmy koniowóz – przyczepkę do przewozu animalsów. Mój kamrat wymyślił, że każdy z nas może sobie wejść do środka, zrobić siku na ściankę i nikt nie będzie się na nas gapić. Nasza przyczepa zamieniła się więc chwilowo w toaletę, w końcu konie i barany też w niej sikają, to czemu my nie możemy ?
– A jak ktoś będzie się patrzeć, to kopnij w środku w jakąś dechę i daj odgłos paszczą, naśladuj konia, że niby jest w środku i się złości, a wtedy nikt się nie zorientuje – wytłumaczył Boss.
Potem wpadłem na pomysł, żeby zapraszać do przyczepki innych kierowców i każdy klient płaciłby nam 5 euro. W końcu były okoliczności awaryjne. Ale ta śmiała myśl nie zyskała poparcia. Po kilku godzinach ruszyliśmy wreszcie dalej, ale przez ten przestój musieliśmy zrezygnować z naszego motelu pod Cloppenburgiem (nie było już sensu jechać do niego na 2-3 godziny) i spędziliśmy całą parną noc w samochodzie, jadąc powoli naprzód i śpiąc raz po raz po godzinie, gdy nas bardzo muliło.
Klop powitał nas z otwartymi ramionami
O 7:30 rano, wtedy zawsze idzie się do klopa, ale w naszym przypadku dotarliśmy do Cloppenburga. Namierzyliśmy miejsce aukcji owiec i stawiliśmy się na wyznaczonym miejscu.
Niemieccy farmerzy dziarsko potrząsnęli naszymi dłońmi na przywitanie i załadowali nam barany, a lekarz weterynarii wręczył niezbędne papiery i polecił gnać do domu, żeby zwierzęta nie stały w upale.
A więc znów nasz zestaw wyruszył w drogę zatrzymując się tylko raz po raz na kawę i na przerwę w prawdziwym klopie na stacji benzynowej. Pamiętam jak kiedyś, za komuny, na takiej stacji po raz pierwszy spotkałem czarnoskórego amerykańskiego żołnierza, który spod wielkiego hełmu błyskał bielutkimi zębami w uśmiechu, a także podziwiałem przepiękne i kolorowe automaty sprzedające prezerwatywy. U nas nie było takich cudów.
Seks w zamian za pilota ? Niesłychane.
Kiedyś, gdy byliśmy na tej praktyce w NRD, mieliśmy kolegę, który za wszystkie zarobione pieniądze kupował czekolady MILKA. Nazbierał ich ponad 400 tabliczek i chował po szafach przed nami. Gdy stwierdził brak choć jednego egzemplarza, łapał jeńca, który akurat się nawinął i wymuszał zeznania, kto zjadł jego czekoladę ? Był taki gorliwy w tym procederze, że gdyby mógł, to podłączyłby jądra przesłuchiwanego do akumulatora. Później, gdy wracaliśmy pociągiem na stojąco do Polski, czekolady naszego bohatera leżały w kilku torbach na podłodze w korytarzu i musieliśmy przez nie skakać. Ale gdy weszli niemieccy pogranicznicy z NRD w wielkich buciorach, nie pieścili się z nimi, tylko skopali i podeptali wszystkie torby i połamali czekolady na drobny mak. Koleżka się trochę załamał i prawie płakał, ale pocieszaliśmy go, że zawsze może stopić resztki czekolad w garnku i zrobić sobie nowe tabliczki. W końcu podczas pobytu na praktyce miał też swoje dobre strony i był czasem przydatny, to trzeba było wykazać się empatią. Mieszkaliśmy wtedy z Wietnamczykami i Niemcami w wersji wschodniej i była wśród nich taka jedna Niemra, która nas nie lubiła i bezceremonialnie zabierała nam pilota, zawsze wtedy, gdy chcieliśmy oglądać serial dla nas niedostępny w Polsce: „Policjanci z Miami Vice”.
Zabrała gnida pilota albo baterie z niego i nie chciała oddać, przełączała sobie na jakieś wschodnioniemieckie dyrdymały i tak się z nami droczyła. W łeb nie mogła dostać w ciemnicy, bo oni byli wtedy panami naszych losów i rychło mielibyśmy do czynienia ze służbą bezpieczeństwa. Jednak szybko okazało się, że kobitka się po prostu nudziła i była jedna rzecz, za którą skłonna była oddać nam pilota. A mianowicie tym czymś magicznym był seks ! Najchętniej uprawiała go właśnie z naszym magazynierem od czekolad.
Od tej pory, Niemka codziennie po południu schodziła do świetlicy i szukała naszego dzielnego kamrata.
– Wo ist Wojtek, von Wojtek ? – pytała i była niezmordowana, nie było dla biedaka dnia wolnego.
Na początku nasz bohater bronił się, że: „ale ja przecież nie znam niemieckiego, co będę z nią robił ?” i burzył się, ale po dwóch sesjach stwierdził, że nie jest tak źle jak myślał, a nawet podarował Niemce dwie tabliczki czekolady ze swoich cennych zapasów na przełamanie lodów.
Nareszcie docieramy do Polski.
Po kilku godzinach ciągnięcia baranów dojechaliśmy do granicy polskiej i sprawnie ją przekroczyliśmy, choć znów były korki spowodowane rwącą rzeką TIR-ów wracających na weekend do domu. Jadąc z naszymi baranami nie mieliśmy takich przygód na granicy, jak ta ze zniszczeniem czekolad i zwierzęta dotarły w końcu całe i zdrowe do swoich zagród. Od następnego dnia muszą za to uczyć się języka polskiego, bo gdy przyjdzie czas, to nasze jarki zameczą czystą polszczyzną: „gdzie jest dla nas baran ?”. Myślę, że nie będą zabierać przy tym pilota od TV, ale baran mógłby podarować im garść smacznego siana na przełamanie lodów.
Zobaczymy co będzie dalej, ale póki co „Operacja Baran” jest zakończona.