O wsi sielska, wsi spokojna, wsi wesoła ! Czyli Ligota – najlepsza wieś na świecie.

Wiejskie przygody.

Wiejskie przygody. Mgła na horyzoncie.Niedaleko Krotoszyna, Raszkowa i Ostrowa Wlkp. jest taka wieś o nazwie Ligota, która leży na ziemi kaliskiej. Położona jest w linii pomiędzy innymi wioskami – sąsiadkami o nazwach: Koryta i Korytnica. To tam właśnie odbywały się moje liczne wiejskie przygody. Spędzałem tam wszystkie szkolne wakacje: letnie i zimowe, przyjeżdżałem jako student i w tzw życiu dorosłym. We wsi Ligota mieszkała moja babcia Zosia i jej mąż – znany i ceniony w okolicy kowal imieniem Józef. W Korytnicy mieszkało 3 braci mojej babci, którzy mieli duże gospodarstwa rolne, stado krów, świń, konie, co dla mnie – pulchnego mieszczucha było czymś fascynującym. W Korytnicy urodził się też mój akademicki wykładowca, a potem minister rolnictwa w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, niejaki Czesław Janicki.

Wiejskie przygody. Ożywczy cień lasu..Pociąg do zwierząt miałem od dziecka. Tak narodził się zootechnik.

Już jako małe dziecko jeździłem namiętnie do babci na wieś i całe dnie spędzałem wśród zwierząt. Właziłem im nawet do klatek i wczuwałem się w ich sytuację. Wyobrażałem sobie, że jestem królikiem, psem lub kogutem i chciałem żyć ich życiem, ale z moim rozumkiem. Gdybym potrafił fruwać, z pewnością byłbym gołębiem i spałbym na dachu kuźni jak inne ptaki. Babcia Zosia miała małe kaczuszki, takie żółciutkie piszczące kuleczki, pisklęta. Trzymała je w kartonie przy piecu, żeby było im ciepło. Pewnego dnia zdechła jedna kaczuszka. Wraz ze starszymi kuzynami zrobiliśmy jej wspaniały pogrzeb. Pochowaliśmy ją w puszce po sardynkach wymoszczonej wewnątrz siankiem i na łopacie wieźliśmy ją w kondukcie żałobnym do miejsca pochówku w ogrodzie. Kopaliśmy mały grób, a po wszystkim układaliśmy na nim kwiaty. Wspaniała zabawa. Potem chcieliśmy jeszcze, ale nie było klientki i trzeba było jakoś ją zdobyć. Tak długo przytulałem i pieściłem kaczuszki, że kolejne dwie postanowiły wyzionąć ducha i były małe trupki i następne pogrzeby. Babcia zorientowała się, że rosną upadki piskląt i zasadziła się na nas. To był koniec tego procederu, ale wtedy stwierdziłem, że muszę być albo zootechnikiem albo grabarzem i wybrałem pierwszą opcję, bo nie lubię kopać w ziemi.

Wiejskie przygody. W drodze do Korytnicy.A tak na poważnie nie było innej uczelni pasującej do mojego profilu. Zootechnikę wybrałem jako jedyny w rodzinie – składającej się z samych inżynierów po politechnice, odrzucając inne i moim zdaniem gorsze kierunki. Weterynarii nie było wtedy w Poznaniu, a o wyjeździe do innego miasta nie było mowy. Byłem maminsynkiem i jak mógłbym opuścić Łazarz ?

Kowalski fach.

Do dzisiaj centralną częścią posesji pozostałej po moich nieżyjących już dziadkach jest kuźnia, którą rodzina odrestaurowała, i na ścianach wiszą narzędzia oraz zdjęcia z tamtej epoki, a na nich mój dziadek w pracy. Od pięciu lat w kuźni znajduje się archiwum „Wolności”, które dokumentuje wszystkie gnojstwa i przekręty, jakie zrobiła partia rządząca PIS, a co miesiąc jest aktualizowane. Archiwum jest oczywiście ukrywane, bo większość mieszkańców wioski popiera PIS.

Wiejskie przygody. Archiwum antypisowskie.Wracając do kowalstwa – rzemiosła, które dzisiaj w zasadzie wyginęło, może dlatego, że nie ma już koni pociągowych ani drewnianych wozów z kołami na które należało nałożyć metalowe obręcze, nie ma pługów lemieszowych, nikt nie robi już artystycznych płotów z metalowych prętów, to pamiętam, że mój dziadek Józef pracował codziennie, poza niedzielami, od świtu do późnego wieczora i nigdy się nie skarżył na swój los. Odgłos młota walącego o metalowe kowadło był naszym codziennym rytmem dnia i budził mnie w łóżku już o 6 rano.

Dziadek podkuwał ogromną ilość koni. Godzinami gapiłem się na korekcję kopyt, przymiarkę podków i ich obróbkę w ogniu kuźni. Najlepsze były nerwowe konie, które dostarczały nam mnóstwo rozrywki i adrenaliny. Gdy właściciel usiłował podnieść kończynę takiego delikwenta, ten wymierzał nimi razy na lewo i prawo, stawał dęba i wprawiał wszystko w lot koszący w promieniu trzech metrów. A gdy było nudno i nic się nie działo, wtedy z ukrycia strzelałem pestką od brzoskwini z procy w zad konia. Efekt był piorunujący. Koń wierzgał jak byk na rodeo w Missouri. Nierzadko poczęstował swojego właściciela kopytami w plecy i ten lądował w rowie. Ależ zabawa. Przednia. A właściciel zachodził w głowę co się stało ? „Un zawsze taki spokojny był” – mówił do dziadka z przepraszającym gestem.

Wiejskie przygody. Odrestaurowana kuźnia dziadka.Dziadek był znanym artystą kowalem na całą okolicę, wyprodukował niezliczoną ilość metalowych ogrodzeń z wieloma metalowymi esami floresami. Ale potomkowie ich nabywców pewnie je przeklinali, gdy przyszło im je skrobać, czyścić z rdzy i malować. Wtedy nie było takich farb jak dziś. Tak samo wyspawał wszystkie kojce dla świń i innych zwierząt w okolicy. Podczas wojny, dzięki swojemu fachowi, dziadek mógł zostać we wsi, gdyż Niemcy potrzebowali kuć konie. Miał tylko słynny problem z jedną Niemką, gdy jej koń podczas swoich wariacji przy podkuwaniu cofnął się i brzuchem nadział się na lemiesze pługa odwróconego dołem do góry i jego niemieckie wnętrzności wyleciały na podwórko ku uciesze drobiu, który wywlekł ich kawałki i rozwlekł po okolicy. W ten sposób dziadka oskarżono o sabotaż i osłabienie III Rzeszy, ale jakoś się uratował. Potem, kiedy Armia Czerwona nacierała ze swoją ofensywą patrzał wraz z sąsiadem na śmigające pociski, które z przeraźliwym gwizdem spadały na wiejskie chaty. Zakładali się w jaką budę trafią lub wychodek ?

Wiejskie wycieczki.

Miałem z dziadkiem taki układ, że każdy klient, który przyjechał do kuźni wozem konnym lub ciągnikiem, to przy wyjeździe musiał mnie koniecznie zabrać do określonego miejsca, w zależności od kierunku. Stamtąd wracałem do domu już pieszo. Tak więc jeździłem z różnymi chłopami po kilka razy dziennie na przejażdżki i miałem zajęcie. Potem upatrzyłem sobie kilku sąsiadów, którzy po południu zaprzęgali konie i jeździli po zielonkę na pole. Zacząłem z nimi jeździć, a nawet powozić końmi, nikt nie mógł wyjechać beze mnie. Moją ulubioną sąsiadką była pani Kozalowa, która mieszkała w charakterystycznym kamiennym domu, a ona i jej zwierzęta mieszkały w nim szeregowo, obok siebie.

Wiejskie przygody. Dom Kozalowej.Wystarczyło, że otworzyła drzwi w kuchni i już była w chlewie. Dlatego często wyrzucała świniom odpadki pozostałe z obiadu, a raz rzucając kaszę powiedziała do mnie: „widzisz Piotruś, tak się robi kaszankę, świnia zje sobie kaszę, a jutro ją pokroimy i będzie kaszanka”. A ja głupi jej uwierzyłem. Pamiętam też panią Biernatkę, która dożyła 106 lat, a była mieszkanką „Piekła”, bo tak nazywali jej domek nad stawem.

Kłopoty z inwentarzem.

W Ligocie hodowałem nieprzeliczone ilości królików i gołębi, które wyłudzałem od pijaków. Spędzałem z nimi wolny czas, bo nikt już nie miał do nich cierpliwości, a oni głaskali mnie po główce i obiecywali, że jutro dadzą mi gołębia albo królika. I tak też było, a cały żywy inwentarz znosiłem do domu dziadka, który musiał na szybko sklecić jakieś klatki dla moich nowych pupili. Chociaż jeden pijak mnie oszukał, bo obiecał mi cielaka i małego źrebaka, jednak nigdy nie wywiązał się ze swojej obietnicy, co bardzo ucieszyło dziadka, bo to moje znoszenie zwierząt do domu nabierało nadmiernego rozmachu. Dziadek lubił małe stworzonka i hodował sobie małe pszczółki w 3 lub 4 ulach. No a potem nadeszły problemy z drobiem i zatargi z babcią Zosią….. Były to czasy fascynacji Winnetou i po lekturze o nieprzeliczonych przygodach bohaterów powieści, brałem do ręki łuk zrobiony przez dziadka i ruszałem na polowanie na bizony. Bizony nie mieściły się w małym gospodarstwie babci, ale w mojej wyobraźni to kury były bizonami. Goniłem je bez opamiętania i strzelałem do nich z łuku. Wszystko było fajnie, ale na obiad codziennie był rosół, który nawet lubię, ale wszystko ma swoje granice.

Kiedy na obiad będzie coś innego niż rosół ? – pytałem babcię

Wtedy, gdy przestaniesz strzelać do kur – odpowiadała staruszka i po kilku dniach w których wykazała się ogromną cierpliwością patrząc jak jej stado drastycznie maleje, proceder się zakończył. W końcu chciałem zjeść coś innego i chyba to rozumiecie ?

Wiejskie przygody. Ligota, stan obecny.Jednak nadszedł dzień, gdy znów był rosół. Była taka biała kura nakrapiana brązowymi łatkami, która nieustannie przefruwała przez płot do babcinego ogródka warzywnego i z rozkoszą pazurami grzebała sobie w grządkach dokonując w nich nielichych spustoszeń. Babcia wpadała w furię i przycinała kurze lotki w skrzydłach, żeby nie mogła fruwać, ale to nie pomagało. Jak nie górą, to dołem – pod płotem – ptaszysko z uporem maniaka parło na babcine uprawy. A ogródek był oczkiem w babci głowie, poza warzywami miała mnóstwo kwiatów i we wiosce słynęła ze swoich pięknych, kolorowych róż. Nieraz widziałem jak babcia goniła wściekła kurę po ogrodzie, a potem się nam żaliła:

Ryje świnia jak kret !

Z początku trudno było się zorientować o jakie zwierzę się jej konkretnie rozchodziło ?

Ale gdy zlokalizowałem problem, postanowiłem pomóc. Odnalazłem łuk i odstrzeliłem kolejnego bizona dwoma strzałami. Babcia nic nie powiedziała, a na obiad z rosołu zrobiła pomidorową z makaronem. Ale zastrzegła, że z kolejnego przymusowego rosołu zrobi czerninę. Więc miny nam zrzedły. Krwi jeść nie będziemy. I z czego ? Z kury ? To mama mojej matki nie wie z czego robi się czerninę ? Z kaczki przecież.

Hm….takie były wtedy czasy, że każda gospodyni trzymała w domu kury, kaczki białe i francuskie, perliczki, indyki, nawet gęsi, a wszystko trafiało na stół. Babcia swoją siekierką zamordowała w swoim życiu setki sztuk drobiu wszelakiego, ale dzięki temu całe stado wnuków zostało odchowane. Chwała jej za to !

Wiejskie przygody. Ogród za domem.Wieś sielska, spokojna i wesoła.

Ligota na zawsze pozostanie w moich myślach i sercu. Wspaniałe lasy i pola dookoła pokryte szumiącymi łanami zbóż, pędziłem pośród nich na rowerze, a na polnych piaszczystych krzyżówkach stały małe wiejskie krzyże i kapliczki udekorowane kwiatami. Gdy byłem dzieckiem, nie było jeszcze na wsi łazienki, latem kąpaliśmy się wieczorami na dworze w stalowej wannie, a wodę ogrzewaliśmy na słońcu. Brudni byliśmy jak diabły wcielone, łażąc całe dnie po drzewach (mieliśmy upatrzoną rozłożystą jabłoń, na której każdy wnuk miał swoją gałąź – według hierarchii w stadzie, na najwyższej siedział Boss). Biegaliśmy po polach, strychach i tarzaliśmy się w ziemi, ile wlezie, bawiliśmy się w kapsle na ziemi upstrzonej gównami kur i kaczek, które nawet porywały nam nasze precjoza, wypasaliśmy krowy i kozy na łąkach, więc gdy w jednej wannie umyło się potem kilkoro wnuków – w kolejności od najmłodszego do najstarszego, to w wannie pozostała istna żybura. Przez długie lata ja byłem najmłodszym wnukiem, więc przynajmniej myłem się w czystej wodzie.

Wiejskie przygody. Na horyzoncie Bronów - stacja PKP.Potem wspaniałe ligockie kolacyjki, soczyste pomidory z ogródka z cebulą, szczypiorkiem, wiejski chleb i słone masło własnej roboty, kiszone ogórki i jajecznica z kiełbasą. Orgazm kulinarny. Przy jedzeniu oglądaliśmy dzienniki telewizyjne i dowiadywaliśmy się jak komunistyczne państwo polskie zmierza do dobrobytu. Ale jakoś go nie zauważałem, w mieście, musiałem stać po szkole w kilkugodzinnych kolejkach do rzeźnika i do innych przybytków z pustymi półkami, do których czasem dowożono jakiś towar. Za to w Ligocie po południu zawsze był dobry placuszek na podwieczorek, który jedliśmy na podwórzu i obserwowaliśmy kłócące się na dachu gołębie.

Wiejskie przygody. Uprawa słoneczników w Korytach.Ligota również w zimie dostarczała nam wspaniałych wrażeń. Zimy były wówczas z trzaskającym mrozem i zwałami śniegu, a my – z kuzynami- chadzaliśmy po trzy kilometry pieszo do wiejskiego kościoła, np. nocą na pasterkę, a potem powrót i wielkie żarcie o trzeciej w nocy i spanie w lodowatym pokoju pod grubą puchową pierzyną w wielkim drewnianym wyrze. Wigilie na wsi były najpiękniejsze, zjeżdżała się cała rodzina z różnych stron Polski, a potem żyliśmy na kupie, wieźliśmy biedne karpie w siatce powieszonej za oknem pędzącego pociągu, co wprowadzało je w stan hibernacji. Chadzaliśmy też po 5-6 km piechotą na pociąg do pobliskiego Bronowa, gdy byłem w podstawówce we wsi nikt nie miał samochodu, poza jednym piekarzem-cukiernikiem, który woził mieszkańców Ligoty na stację i ich z niej odbierał całymi godzinami. Tyrał dla całej wioski, a w zamian mieszkańcy kupowali u niego placki drożdżowe i chleby. Za dnia polowaliśmy na kuropatwy usiłując spić je ziarnem namoczonym w wódce, no i organizowaliśmy sobie konne kuligi. Z bezpieczeństwem na drodze niewiele to miało wspólnego.

Wiejskie przygody. Ligota Nychy.Dlaczego ta epoka już nigdy nie powróci ? Pokolenie moich dziadków wymarło bezpowrotnie, nie ma już babci i jej koleżanek, które całe życie spędzały w jednym kolorowym fartuchu z motywami kwiatowymi. Ba, nie żyje już dwóch moich najstarszych kuzynów, z którymi organizowaliśmy pogrzeby kaczuszek. Dzisiaj w podwórzu domostwa hula wiatr, ceglane ściany kuźni i chlewu pokrywa mech, a w powietrzu czuć wiatr …upadku całej rodziny, upadku tamtych czasów. Miałem szczęście, że dane mi było zaznać jeszcze takiej wsi, o jakiej współczesne dzieci mogą tylko marzyć, a skazane są na swoje komórki i komputery i nie wiedzą co to są kijanki żyjące w wiejskim stawie, w którym się kąpaliśmy z krowami i jak wyglądają krowie placki gówna rozpłaszczone na asfalcie.

Wiejskie przygody. Droga z Bronowa do Koryt.W obecnych czasach można oczywiście w Ligocie wypocząć, poleżeć w leżaku, poczytać książkę, zjeść słynnego loda robionego na śmietanie wg starej receptury, a przede wszystkim pojeździć rowerem po okolicy. Mamy taką stałą rytualną trasę (14 km) przez miejscowe lasy, a punktem historycznym po drodze był pomnik zabitych po wojnie PPR-owców przez reakcyjne podziemie, ale dopadł go czas dekomunizacji. Gdy umarł najstarszy brat mojej babci ze wsi Korytnica, okazało się, że jako członek podziemnego AK organizował broń na zamach na tych PPR-owców. Historia odeszła wraz z nimi. Można też wybrać się do niedalekiej Dobrzycy, żeby zwiedzić pałac – muzeum ziemiaństwa i pochodzić po miejscowym ogrodzie.

Wiejskie przygody. Pałac w Dobrzycy.

Wiejskie przygody. Młodzież w ogrodzie muzeum ziemiaństwa.

Wiejskie przygody. Zapraszam !

3 komentarze

  1. Wujku, to jest wspaniały tekst! Humorystyczny i wzruszający. W swoich przemyśleniach przywołałeś atmosferę Ligoty, której ja nie poznałam, ale którą mogę sobie wyobrazić i podziwiać dzięki Waszym wspomnieniom (Twoim, Dziadka, wcześniej Taty…). Choć i ja też mam sentyment do Ligoty, gdzie rytm dobowy wyznaczają synogarlice i świerszcze, do kuźni, strychu, ogródka, pól i lasów, przyznaję, że trochę zazdroszczę tych szalonych przygód :)) Pozdrawiamy!

  2. Piękny artykuł. Taki sentymentalny i tęskny…
    Obudził we mnie wspomnienia,sprawił,że zrobiło mi się tak cieplej na sercu i nawet łezka się poturlała…
    Ligota to moja rodzinna miejscowość.
    Tam spędziłam dzieciństwo i tam dorastałam.
    Mieszkałam tam w tym czasie,w którym autor tych wspomnień -Pan Piotr;spędzał tam swoje szalone wakacje.
    Bardzo dobrze pamiętam pana kowala Mądrego,Jego kuźnię i piękny ogród,z którego zapach róż roznosił się na całą okolicę…
    Moi rodzice mieli gospodarstwo,często więc była potrzeba,by coś naostrzyc,zespawać.Jechałam wtedy jako mały „grzdyl” z Tatą do kowala.
    Pamiętam również,jak Pana Dziadek Panie Piotrze,przychodził do nas codziennie
    po świeże mleko.
    Myślę,że może na tym mleku wychował się Pan i ono dało Panu energię do tych wakacyjnych psot(o pogrzebach małych kaczuszek nie wspomnę…)
    Pamiętam dobrze wszystkie osoby,które Pan tu wspomina.
    Długowieczna Biernatowa.Wspaniała i ciepła osoba.Często nas odwiedzała. Lubiłam słuchać Jej opowieści i historyjek…
    Olszanowscy i Ich piekarnia z przepysznym chlebem. Smak tego chleba z miodem (od Pana Grzesiaka)to smak mego dzieciństwa…
    Dużo można by było jeszcze pisać,wiele osób wspominać…
    Niestety,nie mieszkam juz w Ligocie. Los „rzucił mnie w daleki świat”
    Ale w Ligocie nadal mieszka moja Rodzina. Na cmentarzu w Korytach spoczywają moi Rodzice,Brat i bliscy…
    Staram się odwiedzać Ligotę,jak tylko czas i warunki mi na to pozwalają.
    Dzisiejsza Ligota nadal jest piękna. Inna,niż tamta ale piękna. Zmienia się z każdym dniem. Nowocześnieje…
    Rosną tu nowe pokolenia,tworząc nową historię,nowe wspomnienia…
    A za tamte wspomnienia,które tak pięknie Pan opisał dziękuję.
    Serdecznie pozdrawiam.

  3. Witam p. Piotrze.
    Niezmiernie się cieszę, że po latach byliśmy w stanie spotkać się w sieci. Zrozumiałem z treści, że jest Pan wnukiem naszego sąsiada z przeciwka, p. Józefa. Ja z racji czasu urodzenia, więcej kontaktów miałem z Waszym nieżyjącym już kuzynem z Warszawy. Aby bliżej określić Pańską osobę, poproszę o prywatny email z kilkoma informacjami, a zwłaszcza imieniem Pańskiej Mamy. Wtedy będzie już wszystko jasne.
    Gratuluję artykułu.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *