Atrakcje w Utah
Jak na tak krótką trasę, pod względem czasowym, a długą – jeśli chodzi o przejechane mile, musieliśmy zobaczyć ogromną ilość skał, skałeczek, łuków, kanionów, ostańców, szczytów górskich, dolin, rzek, wodospadów, kamieni, półek skalnych i innych cudów natury. A wszystko to były atrakcje w Utah. W pierwszych dniach podniecało nas wszystko, a w kolejnych nastąpiło lekkie przesycenie i przestaliśmy już chłonąć te wszystkie zjawiska przyrodnicze spotykane na naszej drodze, z podobną werwą i entuzjazmem, jak na początku. Żeby znów pobudzić się i nakręcić, musieliśmy zobaczyć naprawdę coś ekstra, bo byle co już nas nie poruszało.
Normalnie powinniśmy byli odpocząć kilka dni w jednym miejscu i zebrać siły oraz nabrać ochoty do dalszej eskapady. Ewentualnie zaaplikować sobie kilka dawek amfy. My jednak parliśmy do przodu nieustannie, często nocą podróżowaliśmy wiele godzin, by o poranku atakować kolejne atrakcje. I tak non stop, pomimo zmęczenia zawsze dalej i dalej. George Patton byłby z nas dumny. On uwielbiał kilkudniowe intensywne marsze i zaraz po nich rozwijał linię ataku bez żadnego odpoczynku, bo nie lubił tracić czasu. Stanu Utah nie potrzeba nawet specjalnie zwiedzać, wystarczy po prostu przejechać się po nim samochodem, a wspaniałych widoków będą miliony. Marcin zwiedzał w stylu japońskim czyli jak oszalały fotografował wszystko z okna samochodu.
– Obejrzymy sobie w domu gdzie byliśmy – wyjaśnił i trzaskał fotki dalej.
Chwała Ci ludzki rozumie, że wynalazłeś aparat cyfrowy !
Park Narodowy Bryce
Nie jestem w stanie opisać i odtworzyć wszystkich widzianych szczegółów i to w kolejności w jakiej faktycznie je widzieliśmy. Potoki słów nigdy nie zastąpią wspaniałości zmysłu wzroku. Lepiej patrzeć na gołą i piękną kobietkę niż o niej stale gadać, prawda ? Do rzeczy koniecznych zobaczenia, na pewno zaliczał się Bryce National Park, gdzie żółtawo-pomarańczowo-różowe, „cukierkowe” formy skalne strzelały z ziemi ku górze w formie ostańców, a także zwisały z górnych nawisów jak wielkie oszałamiające kły lub iglice.
Formacje skalne przypominają do złudzenia architektoniczne twory słynnego hiszpańskiego architekta Gaudiego, który budował bazylikę Sagrada Familia w Barcelonie. Park Narodowy ustanowiono tutaj wcześnie, bo w 1928 r i obejmuje 145 km kwadratowych. Nazwa pochodzi od mormona Ebenezera Bryce’a. Park nazywany jest często Bryce Canyon, ale tam nie ma żadnego kanionu, bo nie ma rzeki. Naturalne cudo ma kształt niecki i przypomina amfiteatr, a wokół zlokalizowane są wspaniałe twory skalne: stoją pojedynczo, parami, albo całymi rzędami. Jakby uczestniczyły w ważnym wydarzeniu na arenie.
Twarze Pomalowane na Czerwono
Według Indian Pajutów, którzy zamieszkiwali te tereny, skały powstały z „legendarnych ludzi”, którzy mieli nadzwyczajną moc i mogli przybierać kształty zwierząt: ptaków czy jaszczurek. Pewnego dnia podpadli Bogom, którzy zamienili ich w skały – tak jak stali – a ich twarze są koloru czerwonego. No jakoś tak….
Dzisiaj na terenie parku można spotkać orły, sowy, kojoty, pumy, świstaki i susły, nie są to żadni „legendarni ludzie”, ale przedstawiciele fauny. Cudowne, kolorowe skały porośnięte są majestatycznymi świerkami, jodłami i sosnami nadającymi temu miejscu świeży i zielony charakter.
Jazda konna w Bryce to niewypał
Według założeń mieliśmy jeździć w parku konno po górskich ścieżkach i ustępach skalnych, ale rano przyszło załamanie pogody i rozpętała się prawdziwa śnieżyca. Trzeba było przeczesać bagaże i powyciągać zimowe kurtki, a dopiero co było ponad 30 stopni Celsjusza. Pogoda w Bryce jest bardzo zmienna, podczas 200 dni w roku, w ciągu 1 doby temperatura notuje plusy i minusy. Noce są bardzo zimne i woda zamarza w zakamarkach skał, a podczas dnia lód topnieje rozrywając miękkie skały i woda spływa strumyczkami. W ten sposób nieustanna erozja rzeźbi i kształtuje ten park na nowo, wszystko nieustannie się zmienia.
Wracając do koni, okazało się, że tylko my – w taką pogodę – zapisaliśmy się na jazdę konną. Gdy nadeszła pora rozpoczęcia konnej wycieczki, przyszli kowboje, którzy mieli nas prowadzić. Śnieg walił jak oszalały sprowadzając widoczność do kilku metrów. Póki co przy koniach były tylko dziewczyny, a ja z Marcinem guzdraliśmy się gdzieś z tyłu. Kowboje pytali się: „gdzie są Ci crazy people, którzy chcą jeździć konno w takich warunkach ? Kto do kurwy nędzy oderwał nas od whisky ?”
– To Wy chcecie jeździć ? – zapytali się wprost dziewczyn z prawdziwym zaciekawieniem.
Odpowiedziały, że nie, że to chłopcy chcieli. Kowboje oburzyli się trochę słysząc taką odpowiedź.
– A to są Wasi mężowie ? – zapytali. Bo jak oni chcą, to niech sobie jadą, ale Wy zrezygnujcie ! – proponowali im biorąc je w objęcia.
– Jak zginą to znajdziecie sobie nowych. Ale nie martwcie się, odszukamy ich ciała gdy tylko wypijemy whisky – wyjaśniali
Sprawa skończyła się tak, że w tym dniu faktycznie zrezygnowaliśmy z jazdy, a koni i mułów dosiedliśmy dnia następnego, ale już w Zion National Park. Bryce zwiedziliśmy więc pieszo przechadzając się po nim w dół i w górę. To kompaktowy i zwarty park, większość atrakcji jest w zasięgu reki. Śnieg przestał już padać, a gliniaste podłoże zrobiło się śliskie, buty oblepiały się nam żółtym błotem tworząc grubą podeszwę, co utrudniało poruszanie się. I tyle problemów, a to tylko eskapada turystyczna ! Ileż problemów musieli pokonywać kiedyś kowboje i pionierzy zdobywający te tereny. Jak ciężko musiał mieć pierwszy zootechnik hodujący tutaj świnki. Najpierw z rana, po śniadanku, musiał zapewne stoczyć małą bitewkę z Indianami lub opryszkami o utrzymanie się na tych terenach, a dopiero potem szedł szukać rui u kowbojskich macior.
W Bryce Canyon spotkaliśmy Polaka z Chicago o imieniu i nazwisku Rooth River (Korzeń Rzeka) wraz z żoną „brzydką Joanną” jak sam o niej mówił.
– Tylko nie mów znów, że jesteś brzydka Joanna, gdy się przedstawiasz, bo to że jesteś brzydka, to każdy sam widzi – mawiał do niej.
Krajan mieszkający już 22 lata w Chicago był skory do pogawędki i miło się gadało z panem Korzeniem, ale trzeba było jechać dalej do….
Zion National Park
aby w nim odbyć czterogodzinną wycieczkę w siodle po górskich ścieżkach i zboczach. Pogoda była już słoneczna, choć kurtek nie ściągaliśmy i z grzbietów końskich mieliśmy fantastyczne widoki na okolicę oraz słuchaliśmy pogadanek kowbojów. W pewnym momencie forsowaliśmy konno ostry nurt górskiej rzeki i chłonęliśmy dziką przyrodę wokół. Fantastycznie odprężające !
Musieliśmy odbyć taką trasę, bo bardzo zależało na tym Marcinowi i dopóki nie nadeszło jego spełnienie, był bardzo nerwowy i podniecony. Tymczasem nazwa parku Zion pochodzi od mormonów, którzy nazwali to miejsce Syjon. Park obfituje w urwiska, przepaście, wodospady spadające kaskadą w dół i rzeki. W Zion jest koryto rzeki Virgin River, która żłobiła wokół czerwone piaskowce.
Tymczasem spełnieniem dla Magdy okazało się zdobycie górskiego szczytu „Anioła” na terenie Zion Park. A w zasadzie nazywają go „Angels Landing”, bo pierwsi pionierzy stwierdzili, że w tym miejscu mogą wylądować tylko Aniołowie. Wraz z Magdą szedł Marcin i ja, ale my – zdechlaki – szybko zostaliśmy w tyle, a Magda wysforowała się do przodu. Ten szczyt charakteryzował się tym, że w końcówce miał ostre i kręte podejścia, 52 zakręty o 180 stopni, pnące się ostro w górę, a ostatnie pół mili okraszone było łańcuchami bez których nie sposób było się poruszać i wspinać. Było naprawdę wąsko, a wokół zajebiste przestrzenie, pionowe ściany w dół liczące ponad 300 metrów i porywisty wiatr.
Jeśli masz lęk wysokości, to nie wybieraj się na tę wyprawę. W naszej ekipie Marcinowi dał się we znaki właśnie lęk wysokości, ale na Magdzie nie robiło to żadnego wrażenia. To dziewczyna z gór, pokonywała trasę w szybkim tempie, trzymając ręce w kieszeniach i pogwizdując. Wyglądała jakby szła do Biedronki po bułeczki i gazetę. Gdy inni turyści wili się na kolanach pośród łańcuchów i ledwo pełzli do góry, Magda wyprostowana, szybkim i zwinnym krokiem pokonywała teren, a Ci turyści tylko jej zawadzali. Czekałem tylko na to, gdy kopniakami zacznie rozpędzać ich na boki, by utorować sobie drogę na szczyt i z powrotem. Wtedy zdechlaki leciałyby w przepaść, a Magda miałaby potrzebną jej przestrzeń. W Zion Park obiecałem dziewczynie, że poświęcę jej fragment opowieści, ku uczczeniu tego wydarzenia, co też uczyniłem. W Zion żyją lisy, rysie, kojoty, pumy, orły, sokoły i grzechotniki.
Górskie wędrówki są prawdziwym adventure
Cechą charakterystyczną naszej ekipy, było to, że gdy wybieraliśmy się w trasę po górach, często gubiliśmy nasz szlak i wychodziliśmy w zupełnie innym miejscu niż planowaliśmy. Cała strategia i koncepcja trasy stale się zmieniała. Wynikało to po części z ubogich map, którymi dysponowaliśmy oraz bardzo skromnych oznaczeń szlaku w terenie. W Ameryce nie ma szlaków w polskim rozumieniu, są tylko kamienie ułożone na ziemi i trzeba ich szukać jak tropiciele, żeby dowiedzieć się, gdzie przebiega trasa ?
Zupełnie jak pierwotni traperzy musieliśmy analizować ślady i znaki na ziemi. Na pierwszą naszą wędrówkę – gdzieś w Canyonlands – która w założeniu miała trwać trzy godziny, a trwała osiem, wzięliśmy zbyt mało wody pitnej. Zużyliśmy ją bardzo szybko, a słońce piekło niemiłosiernie. Żeby przeżyć i dotrwać do końca piliśmy wodę z napotkanych kałuż między skałami jak dzikie zwierzęta. Trzeba było tylko uważać, żeby jej zbytnio nie mącić i pić zawsze czystą. Klęczeliśmy przy tym lub leżeliśmy na brzuchu żłopiąc wodę i oblewając nią sobie głowy. Podczas tej trasy okazało się, że nasz szlak – po trzech godzinach marszu – został zawalony wielkimi kamieniami i nie było przejścia dalej. Zarządziliśmy odwrót i trochę się pogubiliśmy.
A co trabant robi w Ameryce ?
W którejś z małych turystycznych miejscowości, gdzie wszyscy szukają schronienia i jadła w chwilach popasu, na środku ulicy na specjalnym postumencie stał pomnik – miejscowa atrakcja, z wbudowaną w siebie karoserią samochodu…plastikowego trabanta, limuzyny de luxe. Mój ojciec miał kiedyś takiego samego lecz wersję kombi. Służył nam wiele lat wożąc nasze dupska na wczasy w ramach Funduszu Wczasów Państwowych, a raz nawet do Bułgarii, ach…stare dobre czasy. Kiedyś, tylko nieliczni w Polsce mieli samochody, a raczej trabanty, syrenki, warszawy, dacie, duże fiaty i inne wspaniałe maszyny bloku wschodniego. Gdy rankiem obywatele PRL udawali się do pracy i odpalali swoje auta z dwusuwowymi silnikami, z rur wydechowych trabantów, syren robiła się taka dymówa, że nic nie było widać w promieniu kilometra. Wszędzie duszące spaliny i pyrkające trabanty lub rzężące syreny. Najlepsze były zaporożce, radzieckie maszyny z silnikami rakietowymi po bokach. Po ich odpaleniu, huk silników był ogromny, jakby z podwórka startowała kosmiczna rakieta.
Pamiętam, że nawet moja matka zrobiwszy prawo jazdy zaczęła z lubością popieprzać naszym trabantem nie zważając na przepisy ruchu drogowego. Była prawdziwym piratem drogowym. Rozumiem, że komunę należało ignorować i zwalczać, ale akurat przepisy drogowe można było chyba przestrzegać, Mom ? Raz biedna rodzicielka przejechała ponad sto kilometrów z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Tuman dymu jaki wzniecał się za nami na skutek palących się tarcz hamulcowych był ogromny, ale mamuśka się tym nie przejmowała, to było z tyłu auta, a ją interesowała tylko droga przed nią. Innym razem złamała aż trzy przepisy równocześnie i została zatrzymana przez rumianych misiowatych funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Pan milicjant przestudiował uważnie papiery mamusi, potem przyjrzał się jej i jej synom na tylnym siedzeniu trabanta, czyli mnie i mojemu starszemu bratu.
– Nie lepiej synom dać poprowadzić, he ? ..zamiast odganiać ich od kierownicy i samemu się męczyć ?- zagadnął. Pani nie ma talentu – skonstatował milicjant i tak złamał ducha kierowcy u mojej mamusi, że przestała jeździć forever. Jedak myśl o trabancie i moim dzieciństwie, tu na amerykańskich preriach, była bardzo milutka. Mamusia tak zraziła się do jazdy autem, że potem jako pasażerka, gdy jeździła z nami, nagle straszyła nas znienacka dzikimi okrzykami pełnych paniki:
– Uważaj, jedzie z prawej !
Ale nikogo nie było widać.
– Mówi mama o tym samochodzie na sąsiednim skrzyżowaniu ? Kilometr od nas ? – upewnialiśmy się wystraszeni, że zaraz dojdzie do jakiejś kolizji.
– No tak, ale może do nas przyjechać – wyjaśniała.
Miała typowo amerykańską postawę: wszystko musi być safe.
Wracając do parków: Bryce i Zion, oba gorąco polecam, są blisko siebie i warte obejrzenia. W obu jest odpowiednia infrastruktura turystyczna: kempingi, punkty informacyjne, widokowe, parkingi, autobusiki do przewozu turystów i szlaki do spacerowania oraz górskich wędrówek. My nie mieliśmy za dużo czasu, więc nasze zwiedzanie było powierzchowne jak szybki seks (czego nie pochwaliłby żaden szanujący się globtroter), ale warto w każdym parku pozostać 2-3 dni i zagłębić się w głąb skał, zejść szlakiem na sam dół Bryce’a czy pochodzić po graniach Zion i doznać wielu orgazmów turystycznych.
Zapraszam do innej opowieści o UTAH: kliknij tutaj