Miasta Australii. Boomerang coast.
Jest taka bajka Aleksandra Fredry, która idzie tak: „Paweł i Gaweł w jednym stali domu, Paweł na górze, a Gaweł na dole; Paweł, spokojny, nie wadził nikomu,
Gaweł najdziksze wymyślał swawole”. Jeśli Pawłem będzie Melbourne, a Gawłem Sydney, to mamy dwa największe miasta Australii, które zdecydowanie w jednym stoją domu. W jednej i drugiej aglomeracji żyje ogółem ok. 8 mln mieszkańców, a więc 40% populacji Australijczyków. Melbourne położone bardziej na zachodzie w stanie Wiktoria, a Sydney na wschodzie w stanie Nowa Południowa Walia. Wraz z Adelajdą, Canberrą pośrodku nich i Brisbane stanowią rdzeń narodu australijskiego. W tzw. Australii cywilizowanej (południowo-wschodni róg kontynentu zwany Boomerang coast stanowiący tylko 5% powierzchni kraju) mieszka ponad 80% obywateli.
Australijski Paweł i Gaweł niby się kochają, jak rodzina, ale nie szczędzą sobie uszczypliwości, z tej dwójki to Melbourne jest poważniejsze i bardziej ułożone, a Sydney zwariowane i pełne zabawy. Jedne i drugie chciało być kiedyś stolicą, ale w końcu wymyśliły, że stolicę stworzą w kompletnym buszu od podstaw na terenie pomiędzy nimi. I tak powstała Canberra.
Przeczytaj wpis o Canberze:
https://przygodypiotra.pl/australia-story/canberra-stolica-australii/
Przez wiele lat to mniejsze Melbourne było numerem jeden, ale Sydney z czasem zaczęło dominować i odbierać Melbourne prym w każdej dziedzinie po kolei. W finansach, kulturze i sporcie. Melbourne to teraz miasto bardziej nobliwe, „leciwe”, a Sydney nowoczesne i kosmopolityczne. W Sydney krążą liczne i złośliwe kawały o mieszkańcach Melbourne. Oba miasta wyżarły się kiedyś na organizacji olimpiady i zawsze wysoko plasują się w rankingu miejsc uznawanych za najlepsze do życia na świecie.
Melbourne – miasto tenisistów.
No tak, to w Melbourne odbywa się słynny turniej tenisowy Australian Open, a ja poznałem tam pierwszego i ostatniego tenisistę…no kandydata na tenisistę. W Melbourne wylądowaliśmy samolotem rejsowym z Adelajdy i po zameldowaniu się w naszym apartamencie z widokiem na wieżowce w centrum, trafiliśmy na imprezę Polaków mieszkających w Melbourne od wielu lat. Jednym z ich potomków, jak się okazało, była wschodząca gwiazda tenisa, miał akurat urodziny (18-tka!). Jego mama bardzo sobie wzięła do serca opiekę nad przyszłym tenisistą i dosłownie sterowała każdym jego ruchem, mówiła, kiedy ma usiąść, jeść, pić i uśmiechać się do zdjęcia. Przy okazji sterowała też nami, ach..mocna kobieta z gór. No sportowiec musi być karny i posłuszny, a do tego najedzony. Na stół trafiały po kolei polskie gołąbki, schabowe i inne specjały, a my jedliśmy do bólu. Następnie chcąc przeżyć, udaliśmy się na spacer wzdłuż rzeki Yarra w kierunku obiektów sportowych na których rozgrywała się olimpiada w 1956 r.
Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się tłum, który nas wchłonął i poniósł ze sobą w swoim nurcie. Okazało się, że za chwilę będzie tam koncert Stinga. Dziewczyny znalazły i kupiły sobie ostatnie bilety i zniknęły wraz z tłumem, a ja przebiłem się przez ludzką ciżbę i poszedłem nad rzekę Yarra na piwo. Melbourne nocą wygląda bosko, nurza się w kolorowych światłach ulicy, a na tle ciemnego nieba majaczą wierzchołki majestatycznych wieżowców, uśpionych lub żyjących kakofonią świateł w oknach.
Rzeka Yarra, imigranci i inne specjały.
Dla mnie była najpiękniejszą częścią miasta, zielone płuca Melbourne dzielące miasto na północ i południe, położona w parku, a między drzewami i palmami fruwały kolorowe papugi lorysy. Przechadzając się wzdłuż rzeki można obserwować życie miasta, cyklistów i wioślarzy, jego imponujące wieżowce w tym słynne Towers, skąd można podziwiać panoramę miasta. Ale ma też mnóstwo budynków z architekturą wiktoriańską z XIX wieku, kiedy miasto przeżywało prawdziwy boom gospodarczy, a wszystko dzięki poszukiwaczom złota i napływowi imigrantów. Hej….faszyści i narodowcy, pewnie Was to boli, że tacy imigranci przyczynili się do rozwoju !? W każdym razie miasto założył syn skazańca niejaki John Batman, po prostu kupił kawałek ziemi od Aborygenów. W Australii wiele muzeów jest za darmo, więc zwiedziliśmy ich kilka w Melbourne, w tym bardzo fajne i pouczające Muzeum Imigracji – dokumentujące smutne i zabawne historie ludzi przybyłych przed laty do Australii. Żeby zostać jej obywatelem trzeba było zdać specjalny test, a gdy Australia kogoś nie chciała, to eliminowała go w białych rękawiczkach. Wyobraź sobie, że znasz tylko język francuski, ale test dostajesz w angielskim, więc z góry wiadomo, że oblejesz. Zresztą do 1949 r nie było w ogóle obywatelstwa Australii, wszyscy byli obywatelami Wielkiej Brytanii i choć nigdy jej nie widzieli, Australijczycy właśnie ją uznawali za swój dom. Kiedyś Australia chciała Brytyjczyków, potem Niemców, Włochów, Polaków, Greków, a gdy z Europy ciężko już było ściągnąć ludzi, to kontynent otworzył się na pobliską Azję i liczba ludności strzeliła w statystyce do góry. Kiedyś, żeby dostać się na Antypody trzeba było płynąć statkiem w małych kajutach, bo bilet na lot samolotem z Anglii kosztował tyle, co duży dom w Melbourne. To była prawdziwa wyprawa życia.
Poza tym w Melbourne jeżdżą pociągi i tramwaje, można specjalną linią objechać miasto dookoła za darmo, albo pojechać na plażę w St. Kilda – słynną 30-40 lat temu.
Bardzo ciekawa była wizyta w starym więzieniu Old Melbourne Gaol, gdzie był przetrzymywany i stracony największy bushranger wśród przestępców czyli Ned Kelly. Dla jednych był złem wcielonym, a dla innych bohaterem, który bronił ludu przed systemem. Kiedyś spalił całe bankowe archiwa i nie było wiadomo kto i jakie raty powinien spłacać, tym samym uwolnił ludzi od kredytów. Nie dziwota, że kochały go tysiące, zresztą w ogóle australijscy i uwielbiani przez lud bohaterowie to byli sami przestępcy.
Dzisiaj w więzieniu traktuje się turystów jak potencjalnych osadzonych, zwiedzających wrzuca się do cel i zamyka na kilka minut, nawet w ciemności, żeby poczuli magię tego miejsca. Zwłaszcza, że wykonano w nim 136 egzekucji przez powieszenie. Polecam !
A po więziennych emocjach można podziwiać uliczną sztukę, która kwitnie na elewacjach budynków w dzielnicy Fitzroy. Znajdziecie tam całe mnóstwo malowideł na ścianach, a wszystko można podziwiać podczas 20 minutowego spacerku.
Melbourne i krykiet.
Mekką krykieta w Melbourne jest stadion Melbourne Cricket Ground.
Tam rozgrywa się największe mecze krykieta, przy czym czasownik rozgrywa się, w ogóle nie odzwierciedla tego, co dzieje się w rzeczywistości. Złośliwcy naśmiewają się, że kibice tracą więcej kalorii niż sami zawodnicy, którzy są ubrani całkowicie na biało i których stroje po zakończeniu rozgrywek nadal są białe jak wyprane w proszku Pollena 2000. To oddaje stopień ich zaangażowania.
Na boisku nic się nie dzieje, a w trakcie są nawet przerwy na herbatę dla zawodników ! Za to Australia ma inne dynamiczne sporty: futbol australijski i rugby, gdzie faceci w kusych spodenkach tarzają się po ziemi,
nie usiłowałem nawet zrozumieć zasad tej gry. Ale jedno trzeba Australii oddać: jest wysportowana ! W olimpiadach bije na głowę wiele potęg europejskich, a nawet USA, zdobywa 3-4 medale na milion mieszkańców i to w wielu dyscyplinach. Chociaż młodzież Australii dopadła ta sama choroba cywilizacyjna co nas: za dużo komórek, komputerów w ręku, a za mało biegania po podwórku, przez co wydajność ruchowa całych pokoleń mocno spadła.
Ach ci złośliwi Australijczycy.
Wiem, wiem, że nie znacie osoby, która jest obecnie premierem Australii, a tym bardziej nic Wam nie powie nazwisko Harolda Holta, który w 1967 r był premierem tego kraju. Właściwie nie zaznaczył swojej obecności w historii w żaden spektakularny sposób, poza tym, że na skałach Cheviot Beach u wybrzeży Wiktorii wskoczył do wody oceanicznej, żeby popływać, po czym poszedł jak kamień na dno i nigdy już nie wypłynął.
No cóż, Australijczycy wzruszyli ramionami i za bardzo się tym nie przejęli. W końcu wiedział, że tam są bardzo silne prądy morskie, które zrolują każdego śmiałka tak jak lumpy w pralce podczas wirowania. Zatonęło tam w końcu 100 statków, no i Holt. W zasadzie o nim zapomniano, ale….nazwano złośliwie jego imieniem jeden z miejskich basenów w Melbourne.
Polecam książkę: „Śniadanie z kangurami” popełnioną przez Billa Brysona.