Tajlandia Bajlandia czyli krowy i ja w krainie Thai.

Przygoda w Tajlandii.

Przygoda w Tajlandii. Moi Drodzy. Był już jeden odcinek pod hasłem: „przygoda w Tajlandii”, a teraz czas na drugi. Dla przypomnienia meritum sprawy zamieszczam 2 fragmenty tamtego tekstu, ale potem są już nowe: zootechniczne – co mnie interesuje i podróżniczo-przygodowe.

A jak chcesz zacząć od tekstu nr 1, to zapraszam:

Tajlandia – podróż w stylu retro

W każdym razie w czasach, gdy byłem w dawnym państwie Syjam, Tajlandia była dla Polaków prawdziwą bajkową krainą – Bajlandią. Dzisiaj każdy może tam pojechać, bo lot do Tajlandii jest powszechny, to proste jak splunięcie na ulicę, ale kiedyś tak nie było.

Powrót do przeszłości.

Jest taka filmowa trylogia: „Powrót do przyszłości” z zabawnym aktorem Michaelem Foxem. Bohater filmu, dzięki zwariowanemu profesorowi, przenosi się w czasie, najpierw do przeszłości, żeby naprawić coś w teraźniejszości czyli w przyszłości – w odniesieniu do  przeszłości, do której się udał. Czaicie ? Na potrzeby naszego odcinka zrobię teraz podobnie choć tylko myślami i cofnę  się do przeszłości, choć niczego nie zdołam już zmienić w czasie rzeczywistym. Zatem był schyłek lat 80-tych i pod koniec moich studiów zootechnicznych poleciałem do Ratcha Anak Tai czyli do Tajlandii, a konkretnie do jej stolicy Bangkoku. W owych zamierzchłych czasach nie trzeba było latać już ruskimi Iłami z międzylądowaniem w Taszkiencie i czuć jak samolocik naszych wschodnich sąsiadów wibruje w powietrzu i jak wypadają z niego śrubki podczas lotu, tak jak pióra z kury na przedwiośniu. Teraz miałem do dyspozycji nowego Boeinga kupionego przez LOT, który rozpoczął wtedy wymianę swoich maszyn na bardziej nowoczesne. To był mój pierwszy w życiu lot samolotem i trwał 12 godzin bez przesiadki i zawiódł mnie wprost do Bangkoku, gdzie czekał na mnie mój brat i jego dziewczyna. Starszy syn moich rodziców kończył właśnie trzyletni kontrakt  w Tajlandii, więc na sam koniec jego pobytu postanowiłem zwalić mu się na łeb.

Przygoda w Tajlandii. Odpoczynek po upale.Tajlandia.

Królestwo Tajlandii leży na półwyspie Malajskim, w południowo-wschodniej Azji, graniczy z Laosem, Kambodżą i Malezją oraz z jakimś dziwnym państewkiem, o którym w życiu nie słyszałem. Tajlandię zamieszkują Tajowie, a w języku angielskim Thai znaczy wolny. Ludem rządzi król, a jego losy śledzi się w wieczornej telewizji z zapartym tchem, tak jak przygody Hansa Klosa lub mecze Realu Madryt. Tajowie płacą śmiesznymi pieniędzmi –  bahtami, a była wówczas duża denominacja i trzeba było nosić ich całkiem spore  paczki ze sobą, żeby coś kupić. 40% ludności Tajlandii żyje z rolnictwa, głównie uprawia się tam ryż, kukurydzę, trzcinę cukrową, maniok, soję i tytoń. Taka jest legalna  wersja dla grzecznych ludzi, bo tak naprawdę kwitnie tam nielegalna uprawa maku, opium i heroiny, a wszystko dzieje się wysoko w górach w tzw „Złotym Trójkącie, na pograniczu, gdzie obok Tajlandii swoje odurzające dobra narodowe uprawia też Laos i Birma. Jakoś mnie tam nie zapraszali, więc skupmy się na Bangkoku. To ogromne miasto dużych dysproporcji, gdzie nowoczesne wieżowce dla bogaczy sąsiadują z biednymi i rozpadającymi się chatami. Gdyby ich konstrukcję poczęstować niezłym kopniakiem, to złożyłyby się jak domki z kart. Wypasione restauracje graniczyły z tanimi śmierdzącymi garkuchniami, a wszędzie wokół wznosiły się kolorowe i wspaniałe buddyjskie świątynie i przelewał się różnokolorowy lud. A z czego jeszcze słynie Tajlandia ? Hm…jeśli czytacie tę opowieść po 22:00, kiedy dzieci już śpią, to wyznam, że z seksturystyki. To ogromna gałąź przemysłu przynosząca olbrzymie dochody. Wiecie ile krów trzeba by wydoić i ile mleka sprzedać, żeby temu dorównać ? Na egzotyczny seks bez marudzenia i ograniczeń wyjeżdżają nie tylko mężczyźni, ale i sporo kobiet z Europy i Ameryki Północnej. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to w Tajlandii oficjalnie uznaje się trzy płcie: damską, męską i tzw „Ladyboys” czyli kobiety z męskimi organami rozrodczymi lub raczej mężczyzn w skórze kobiet. Ale w Azji Ladyboys nie mają brody, nawet ich nie odróżnisz od kobiet. Taki stan rzeczy nikomu nie przeszkadza, wszystkim pasuje i nikt nie narzeka. Jeśli szokuje Cię taka sytuacja, to omijaj Tajlandię szerokim łukiem, schowaj się w najbliższej kanciapie z napisem: “PIS”. Albo obudź się, hellooo..taki jest świat i właśnie puka do Twoich drzwi. A jeśli kiedyś będziesz w Bangkoku, to uważaj, żeby miasto Cię nie wciągnęło, bo możesz już nigdy nie wypłynąć. Po prostu zapnij pasy, bo czeka Cię jazda bez trzymanki. Obejrzyj sobie film: „Kac Vegas w Bangkoku”, w którym amerykańscy turyści szaleli odurzeni narkotykami, choć tego nie chcieli. Ale Bangkok zapragnął ich i podobnie może być z Tobą. Nie pij tam nawet surowej wody, bo wrócisz do domu z dziwnymi pierwotniakami w jelitach, a przed wylotem z Polski  zaszczep się w Sanepidzie na malarię i odmów zdrowaśki, bo polecisz w najprawdziwsze tropiki.

Przygoda w Tajlandii. Wilgotna dżungla na Ko Samui.Tajski rynek chłonie wołowinę.

Według wszelkich statystyk w Tajlandii występuje gwałtowny niedobór wołowiny, którą tonami zjadają turyści wraz z mieszkańcami kraju i aby sprostać ich zapotrzebowaniu import wołowiny wzrósł o ponad 80%, a pod nóż trafia nawet kilka milionów bawołów oderwanych od pługa. Żywiec wołowy pochodzi głównie z Indii, ale dzięki umowie o wolnym handlu (FTA) z Australią i Nową Zelandią do Tajlandii płyną duże ilości bydła z Antypodów. Innymi eksporterami na rynek tajski są: USA, Holandia, Włochy, Niemcy i Brazylia. Nie dziwota więc, że w kraju kwitnie nielegalny obrót wołowiną i aż 40% importu tego mięsa pochodzi z nielegalnych źródeł, co stanowi problem jego jakości sanitarnej. Rząd pod auspicjami wszechobecnego króla Tajlandii postanowił rozwijać produkcję rodzimej wołowiny i w tym celu powstało wiele centrów hodowlanych, które  starają się ulepszyć genetycznie swoje rodzime rasy przez krzyżowanie z europejskim Charolaise, ale i z amerykańskim Angusem czy Brahmanem. Dlatego po 2008 r gwałtownie wzrósł import wysokiej jakości nasienia z Europy, USA, ale i z Kanady (simentale), a wartość zakupionego nasienia przekroczyła 600 milionów bahtów. Zatem nie trzeba uprawiać narkotyków w tajskim buszu, bo kasę można zarobić legalnie na nasieniu. A kilkaset milionów bahtów oznacza tysiące walizek do przerzucenia, w których mogą się zmieścić. Wiem coś o tym, bo podczas mojego pobytu brat wykorzystywał mnie w transakcjach finansowych. W bankach  mówiono wtedy po polsku, ponieważ był to czas polskich firm działających w Bangkoku, a mój brat pracował właśnie dla jednej z nich i zajmował się finansami. Pewnego dnia miałem zadanie, żeby wypłacać kasę z jednego banku – miliony bahtów – i przewozić je  w walizkach do innego banku. Nie wiem o co chodziło, podobno przelewy wolno chodziły, a po wpłaceniu tej wielkiej góry pieniędzy, dyrektor banku przyjmującego papiery wartościowe nakazał odwieźć mnie taksówką do hotelu na ich koszt. Szacuje się, że w Tajlandii jest od 6 do 8 milionów sztuk bydła, a głównym zmartwieniem hodowców i rządu jest szybka poprawa jakości tusz wołowych, które obecnie przegrywają z wołowiną importowaną panoszącą się w marketach i punktach gastronomicznych. Bez względu na pochodzenie surowca wołowina w sosie słodko-kwaśnym w wydaniu Tajów jest rewelacyjna i ostra jak brzytwa.  Polecam !

Przygoda w Tajlandii.  Papugi Ary w Zoo.Prowincja zawsze na TAK i ekologia.

Tak się składa, że jest taka prowincja o nazwie Tak, w której ulokowano jeden z ważnych projektów rządowych, który polega na wytworzeniu w niej specyficznej krzyżówki genetycznej o składzie: 75% Brahman i 25% Charolaise. Wyjściowo krzyżuje się te rasy, aby osiągnąć jałówki 50/50, a te z kolei inseminuje się dalej Brahmanem. Takie bydło jest odporne na panujący w Tajlandii gorący i bardzo wilgotny klimat oraz do bytowania w buszu. W Tajlandii bez klimatyzacji nie ma życia, gdy ją wyłączysz to nie przetrwasz jednej nocy i będziesz spocony tak jakbyś grał główną rolę w  reklamie TV promującej  antyperspirant oraz poirytowany na maksa. Chociaż w Bangkoku poznałem jednego Polaka, który stosował własną krzyżówkę: whisky + brandy w stosunku 50/50 i potem poprawiał ją czystą z lodem. Po takiej krzyżowce też był zawsze „na tak” i znosił wszystkie niedogodności. Czy wyobrażacie sobie rolników, którzy żyją w wiosce zabitej dechami w buszu z dala od linii energetycznych i nie mają prądu, ale w zamian wykorzystują w swoich domowych piecach i biogazowniach krowie łajno ? A dodatkowo mają własne panele słoneczne ! Czy jest jakaś wieś w Polsce, nawet leżąca w pobliżu Warszawy, która tak robi ? Wątpię, bo prędzej znajdę chaty opalane plastikami, starym olejem i innym syfem jaki można znaleźć. Wieśniacy w Tajlandii uczą się oszczędzać, bo ich kraj sprowadza ogromne ilości paliw kopalnych, ale prądu wciąż dla nich brakuje, tymczasem większość elektronów kieruje się do Bangkoku, aby napędzać tam ogromne luksusowe osiedla i centra handlowe. Urbanizacja i cywilizacja oraz choroby i polowania przyczyniają się do spadku rodzimego i dzikiego pogłowia bydła o nazwie Banteng, które żyje w stadach do 50 osobników. Bantengi mają od 400 do 900 kg wagi (występuje dymorfizm płciowy) i niebiesko-czarne umaszczenie lub kasztanowate z ciemną pręgą na grzbiecie i białymi skarpetkami na kończynach. Bantengi mają krótkie i mocno zakrzywione rogi oraz fajne uszy.

Przygoda w Tajlandii. Dziki Banteng.
An endangered male Banteng bull in Huai Kha Kaeng Wildlife Sancturary in Thailand.

Krowy w Tajlandii doją coraz lepiej.

Hodowlę bydła mlecznego rozpowszechnili dawno temu imigranci z Indii  i początkowo hodowle rozwijały się wokół Bangkoku. Farmerzy mieli po 3-4 krowy, które dawały po 3-4 kg mleka dziennie. W latach 60-tych XX wieku w sprawę wmieszał się jak zwykle tajski król wraz z rządem  Danii i razem stworzyli pierwszą i największą spółdzielnię mleczarską w prowincji Ratchburi. Dzisiaj jest tam największa tego typu organizacja Nongpho Cooperative skupująca surowiec i produkująca mleko w proszku i UHT. W ostatnich dziesięcioleciach rząd Tajlandii przy pomocy FAO wdrożył wiele projektów szkoleniowych dla rolników, rozdawał im po 5 ciężarnych krów, zapewniał praktykę w dydaktycznych centrach hodowlanych, upowszechniał inseminację, uczył zarządzania, paszoznawstwa, przetwórstwa mleka i higieny doju, a wszystkie te działania przyczyniły się do tego, że średnia ferma krów ma ponad 22-25 ogonów, a wydajność wzrosła do 15-19 kg mleka dziennie od krowy. Phi..co to za problem zwiększyć wydajność ? Pamiętam, że jak byłem w PGR na praktyce i codziennie o 4 rano doiłem swoje krowy, brygadzista wrzeszczał do mnie na końcu doju: „student, dawaj więcej mleka !”, no i wsadzałem kubki udojowe do poidła i naciągałem wody. Mówisz i masz – takie jest powiedzenie. W Tajlandii, tak samo jak na całym świecie, rozpowszechniona jest rasa Holsztyńsko-Fryzyjska, którą po aklimatyzacji w Tajlandii nazywa się Thai Holstein i ulega krzyżowaniu z amerykańskim Brahmanem (dolewka do 25%).

Kiczowaty Floating Market.

Czyli pływający targ zorganizowany specjalnie dla turystów na sieci kanałów poza Bangkokiem. Kiedyś może tak handlowano, ale dzisiaj nie ma to racji bytu, bo istnieje transport drogowy – kolorowe, dymiące i hałaśliwe, obwieszone lampkami tajskie ciężarówki. No ale skoro my w Zakopanem mamy Białego Misia dla turystów i inne badziewie, to czemu Tajowie nie mogą mieć swojego ? Turyści wynajmują sobie długie i wąskie łódki, którymi śmigają po mętnej i gorącej wodzie, a w przeciwprądzie – jak w fabryce – płyną łódeczki z Tajkami, które zachwalają owoce, warzywa, miejscowe jedzenie, a także chińszczyznę. Gdy łódki się ze sobą spikną burtami dochodzi do targowania się, bo to jest ulubione zajęcie miejscowych, a ceny wyjściowe są kilkakrotnie wyższe niż w stolicy. Po handlu można sobie popływać trochę po kanałach, ale w sumie taka sobie atrakcja. Ale ponieważ byliśmy już po specyfiku naszego ziomka czyli obaliliśmy wcześniej whisky i brandy, co w pełnym słońcu nas rozłożyło, nie narzekaliśmy za bardzo. Uważaliśmy żeby nie wypaść za burtę do brudnej wody. Brudnej, bo wszystkie odpadki z łódek wrzuca się do H2O. Poza tym miałem świadomość, że po tych kanałach śmigał Roger Moore jako Agent 007 w kolejnym filmie o Jamesie BondzieCzłowiek ze złotym pistoletem”, a więc ten fakt bardzo mnie jarał.

Przygoda w Tajlandii. Kanały na Floating Market.Słonie, słonie…i głupki.

Wszyscy, którzy pojawiają się w Tajlandii marzą o zobaczeniu na żywo i z bliska słonia. I ja byłem wśród tych, którzy muszą dotknąć ręką samego słonia. Masowy nalot turystów na słonie to dobra i zła sprawa. Dobra, bo możemy zobaczyć na własne oczy jak piękne są to zwierzęta, a zła, ponieważ słonie często są źle traktowane. Żeby sprostać potrzebom rynku turystycznego wyłapuje się dzikie słonie, więzi się je, bije i nie karmi, aby je złamać. Jeżdżenie na grzbiecie słoni też nie jest dla nich zbyt komfortowe, choć są przecież używane do pracy w lesie i na budowach. Nadal jest sporo głupków, którzy chcą wdrapać się na grzbiet słonia, a potem pochwalić się na fejsie tym, jacy są odważni i jakie wspaniałe mają wakacje. W Tajlandii jest podobno kilka tysięcy słoni z czego połowa żyje w stanie dzikim, a połowa ma prywatnych właścicieli. Pojawiło się jednak dużo miejsc, w których ratuje się słonie i dba się o nie. Tam w pełni można zapoznać się z biologią tych wielkich ssaków z długą trąbą i jednocześnie nie przysparzać im kłopotów.

Przygoda w Tajlandii. Dotknąć słonia to podstawa.Hm…ja znałem kiedyś jedną „Słonicę” , a było to w Liceum Ogólnokształcącym, gdzie taką ksywką ochrzciliśmy naszą groźną woźną. Ponieważ należałem do tych uczniów, którzy spóźniali się notorycznie, więc często miałem z nią do czynienia. Drzwi wejściowe otwierane były przez nią elektronicznie przez naduszenie przycisku z dyżurki. Gdy zziajany wpadałem do hallu szkoły, od razu zatrzymywałem się na drzwiach, a gdy tak stałem i czekałem, czekałem i przestępowałem z nogi na nogę, nasza „Słonica” klęczała nieopodal na dwóch krzesłach i przez mały otwór w szybie swojej kanciapy świdrowała mnie oczkami i uśmiechała się złośliwie. „Co, chciałbyś wejść ?” – pytała się z przekąsem, ale drzwi nie otwierała. Trzeba było ją ładnie poprosić. Kurcze…czy to nie było molestowanie na tle seksualnym ? Bo była wtedy skąpo ubrana, tylko w nylonowy, kwiecisty fartuch.

Wizę daj, wizę…czyli kierunek: Singapur albo piorunem w samolot.

No i tak się stało, że bratu skończyła się tajska wiza pobytowa. Człowieku, to się działo za komuny, musieliśmy mieć wizy i to wszędzie. Musiał opuścić Tajlandię, udać się do jakiejś tajskiej ambasady i aplikować o nową wizę. Najbliżej i najciekawiej było udać się do Singapuru. Wykupiliśmy więc bilety na wielki samolot Bangladesh Airlines i pewnego dnia bladym świtem polecieliśmy do Singapuru. To miasto „Lwa” i jednocześnie państwo, które jak przystało na Azjatyckiego Tygrysa rozwija się dynamicznie. Poza miastem Singapur do państwa Singapur należą jeszcze małe wysepki rozsiane dookoła, a w kraju dominują Chińczycy, a potem Malajowie, Hindusi i turyści. Miasto leży na szlaku handlowym między Indiami, a Chinami, więc jako duży azjatycki port czerpie z tego korzyści. Pamiętam, że Singapur jest tak czysty i poukładany, że nawet Niemiec zapłakałby nad tym, że w Niemczech mają taki nieporządek w porównaniu z Singapurem. Wysokie lśniące i nowoczesne wieżowce strzelają w niebo, chodniki i środki transportu miejskiego są czyste jak łza.

Przygoda w Tajlandii. Wieżowce w Singapurze.Ale nie dziwota, bo za śmiecenie czy za jedzenie na ulicy grożą wysokie kary od 500 do nawet 1.000 dolarów singapurskich. Czy to dużo ? Hm…przyjedź, rzuć peta albo papierek na ulicę, a potem zobaczysz. Będziesz płakał i dzwonił do mamy, żeby zasiliła ci konto. Strach chodzić po Singapurze, żeby jakiś papierek nie wyleciał mi z kieszeni ! Poza tym porządkiem pamiętam nowoczesny park rozrywki i ZOO, a także moje ulubione jedzonko: smażone makarony z krewetkami i ostre zupki. Ze względu na mieszankę etniczną mieszkającą w Singapurze można popróbować w nim każdej azjatyckiej kuchni. Singapur jest teraz niepodległym tworem, więc pomimo, że są tam Chińczycy, nie dostają w dupę jak Hong Kong. Po kilku dniach oczekiwania na nową wizę, wreszcie ją dostaliśmy i polecieliśmy z powrotem do Bangkoku. Ciekawym wydarzeniem był fakt, że lądowaliśmy podczas monsunowej burzy i w strugach deszczu przebijaliśmy się przez ciemne i gęste chmury burzowe wiszące nad Bangkokiem. Rzucało wtedy samolotem w górę i w dół tak samo jak woda rzuca kawałkiem styropianu. Podczas podchodzenia do lądowania w kadłub uderzył nawet piorun, co dało się słyszeć jakby ktoś kopnął w wielki i pusty karton, w samolocie zgasły światła i wszyscy zaczęli piszczeć i krzyczeć, bo zrobiło się trochę nerwowo, gdy Bangladesh Airlines zaczął drgać za bardzo w powietrzu.  Chociaż nie wszyscy, bo mój brat pił sobie kawę i nawet nie zauważył tego, że coś się wydarzyło. Zdziwił się trochę, gdy ręka z kawą została nagle metr nad głową, a reszta ciała opadła w dół po kolejnym wstrząsie. Taki już ma matematyczny umysł ścisły, liczą się wzory i wyliczenia.

Przygoda w Tajlandii. Ulice Singapuru.Wyspa Ko Samui.

Wypad na wyspę jest zawsze żelaznym punktem pobytu w Tajlandii, tak samo jak słonie. Ko Samui jest trzecią największą wyspą w Tajlandii i leży na południe od półwyspu Malajskiego w Zatoce Tajlandzkiej. Brat dostał w pracy wolne i udaliśmy się na kilka dni na wyspę. Popłynęliśmy jakimś starym i przeładowanym statkiem, który w trakcie rejsu uległ awarii. Urwała się śruba okrętowa i przez 3 godziny dryfowaliśmy w pełnym słońcu smażąc się na pokładzie. W czasie podróży w Tajlandii trzeba mieć sporą cierpliwość, bo zawsze coś się wydarzy i trzeba czekać. Ja słuchałem akurat mojego ulubionego Bon Jovi i jakoś poszło. Gdy wreszcie dotarliśmy na wyspę, wynajęliśmy sobie motory i pojechaliśmy do naszych lichych chatek nad brzegiem wody, krytych strzechą.

Przygoda w Tajlandii. Motor na Ko Samui.Gdy padał rzęsisty deszcz, trzcina na dachu przeciekała i strugi wody leciały na nasze wyrka i na nas. A gdy skończył się deszcz, po nogach biegały nam jaszczurki. To fajne uczucie, gdy leżysz sobie spocony w gorącą i duszną noc, nogi wystają poza brzeg łóżka bez przykrycia i gdy wreszcie oczy kleją się do snu, coś śliskiego przelatuje ci po palcach. W dzień ujeżdżaliśmy naszymi motorami po nierównych drogach, bo wyspa jest wyżynna, a nawet górzysta i pokryta dżunglą. Na trasie napotykaliśmy leżące w poprzek warany grzejące się na słońcu jak jajecznica na patelni i nie chciały zejść nam z drogi. A potem była kąpiel w morzu, co też jest dziwne, bo w Tajlandii daje mocno zauważyć się odpływy i przypływy. W czasie odpływu woda jest tak płytka, że można kilometr iść w głąb morza, a woda sięga do pasa. Dodatkowo woda jest gorąca i lepka jak zupa, a podczas przypływu trzeba uważać na silne prądy, żeby się nie utopić. No dzieje się panie, dzieje się…

Most na rzece Kwai.

Przygoda w Tajlandii. Most na rzece Kwai.A na koniec trzeba udać się do słynnego mostu na rzece Kwai – symbolu II wojny światowej i okrucieństw jakich dopuścili się Japończycy na tym terenie. Most powstawał w 1942 i 1943 r, i był istotnym elementem kolei Birmańskiej, która miała zaopatrywać wojska japońskie stacjonujące w Birmie. To linia kolejowa z Bangkoku do Rangun, rozreklamowana na świecie przez oscarowy dramat wojenny o tym samym tytule, który jednak w większości był fikcją, a rzeczywistość okazała się trochę inna. Przede wszystkim prawdziwy most, a raczej dwa, powstały na rzece Mae Khlung, a nie na Kwai, ale scenarzysta filmu nigdy tam nie był i popełnił omyłkę. Po premierze filmu tłumy turystów zaczęły szukać tego mostu, który de facto nie istniał i Tajowie nie chcąc ich rozczarować przemianowali nazwę rzeki, tak aby pasowało do Kwai. Most znajduje się w prowincji Kanchanaburi i zbudowany był przez ludność cywilną i brytyjskich jeńców wojennych. Japońce się z nimi nie pieściły i w skutek terroru, złego traktowania, głodu, malarii i wysokiej temperatury zginęły tysiące więźniów. Oblicza się, że każdy przejechany kilometr na tej linii kolejowej oznacza około 300 poległych istnień ludzkich, dlatego linię nazywa się Koleją Śmierci. Trzeba było budować ją za pomocą ludzkich rąk, bo teren był tak niedostępny (górzysty i tonący w gęstej dżungli), że nie dało się zastosować ciężkiego sprzętu. Dlatego most nie jest specjalnie piękny, ani spektakularny. W filmie most wysadzili brytyjscy więźniowe zaraz po jego otwarciu, a naprawdę funkcjonował jeszcze 2 lata, po czym zbombardowało go lotnictwo aliantów. Co ciekawe, most odbudowali po wojnie sami Japończycy w ramach zadośćuczynienia. I bardzo dobrze, jak coś zepsujesz, to napraw !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *