Węgierska Mangalica, czy chodzi do fryzjera ?

Węgierska świnia Mangalica ujrzała światło dzienne

Nieoczekiwane skutki świątecznych porządków
Święta, święta i po świętach…czas laby i wielkiej wyżerki minął już bezpowrotnie, bo tak już w życiu jest, że coś się zaczyna, a potem coś się kończy. Jednak zanim doszło w ogóle do świątecznego odpoczynku mieliśmy w naszych domach czas wzmożonej krzątaniny i robienia porządków i nie inaczej było u mnie, bo w mojej skromnej kwaterze prace toczyły się z werwą naprzód. Miałem moją osobistą listę obowiązków do wykonania, a po zrealizowaniu danej czynności dokonywałem stosownego skreślenia na mojej kartce papieru, a gdy dotarłem do punktu: „ubrać choinkę”, musiałem pofatygować się na strych i wśród stosu kartonów szukać tego właściwego, z bombkami i ozdobami choinkowymi. Z reguły trwało to dość szybko i po zlokalizowaniu moich ozdób szybko taszczyłem je na dół. Tym razem było jednak inaczej, bo coś na strychu mnie zatrzymało i szybko zmusiło do zmiany obiektu mojego zainteresowania. Nie, nie paliłem tam papierosów ani potajemnie nie oglądałem erotyki. Ale z jednego starego pudła, które dziarsko dźwignąłem w rękach, odpadło dno i zawartość kartonu – w postaci dziesiątek zdjęć – wysypała mi się na stopy. O kurka, ale bajzel się zrobił, więc szybko zacząłem sprzątać i oglądać moje znalezisko. A były to właściwie slajdy wykonane starym radzieckim aparatem „Smiena”, który za czasów głębokiej komuny był dość popularny. Na zdjęciach byłem jeszcze studentem, młody i piękny (dziś tylko piękny) oraz ubrany w dziwną kraciastą koszulę flanelową, stałem z brodatymi osobnikami na tle nierównego pola. Za nami widoczne były jakieś wielkie dziury i jamy które były tak duże, że przypominały leje po bombach. A gdzież to u licha wtedy byłem, na jakimś poligonie wojskowym czy na Marsie ? W tamtych czasach nie było to raczej możliwe, tak samo jak swobodne podejście pod poligon wojskowy. Na kolejnych zdjęciach zobaczyłem, że tak naprawdę bawiłem w węgierskim gospodarstwie ekologicznym, a w tych dziurach wydrążonych w ziemi spała sobie smacznie owca…a właściwie futrzata węgierska świnia Mangalica, która jest węgierskim dobrem narodowym.

Węgierska świnia MangalicaŚwinia to czy owca ?

Ktoś niewtajemniczony może się pomylić, bo Mangalice mają najprawdziwsze „owcze” futro, włosy na skórze wiją się w grube i gęste kędziory, a więc skojarzenie z owcą jest jak najbardziej na rzeczy. Mangalice mogłyby zapleść sobie niezłe kitki. Z zootechniki pamiętam, że młoda owca płci żeńskiej, gotowa do rozrodu nazywana jest maciorką, a więc takich skojarzeń na styku owca – świnia jest więcej. Mangalica jest bez wątpienia świnią, ale nazywana jest również „pastwiskową” (czyli wypasa się ją przez cały rok jak owce), bo doskonale przystosowała się do całorocznego przebywania na dworze i wykorzystywania wszelkiego rodzaju pożywienia: roślinnego i mięsnego (robaki wykopane z ziemi), jakie można znaleźć w naturalnym środowisku. Jeśli wybierasz się na ryby, to uważaj gdzie chowasz swoje przynęty. Dodatkowo farmerzy uprawiają dla niej słonecznik, groch, dynie, topinambur (cokolwiek to jest) i jabłka, żeby wzbogacić jej menu. Węgierską świnię zalicza się do prymitywnych ras rodzimych, chronionych przez państwo (jej genetyka, rozród i hodowla są dotowane – podobnie jak w Polsce ochronie podlega nasza rodzima rasa świni Złotnickiej), ma średnie gabaryty, w kłębie może osiągać od 85 cm (locha) do 95 cm (knur), a masa ciała dorosłego osobnika żyjącego w naturalnych warunkach dochodzi do 150-160 kg. Tuczona Mangalica osiąga wagę taką samą w wieku około 12 miesięcy, a gdyby pozwolić tucznikom rosnąć w ich własnym tempie i zgodnie z ich naturalnym stylem życia związanym silnie ze środowiskiem, to osiągnąć mogą wagę ok. 200 kg, ale taki proceder potrwa nawet do 24 miesięcy. Hm, z takimi wynikami nasza Mangalica nie nadaje się do współczesnej, zwłaszcza wielkotowarowej hodowli, w której wyselekcjonowane linie genetyczne osiagają wagę 140 kg w wieku 8-9 miesięcy, a więc są bardziej efektywne pod względem ekonomicznym. Dodatkowo locha Mangalicy rodzi od 5 do 8 prosiąt i to późno dojrzewających płciowo, co też jest bardzo niskim wynikiem w porównaniu do współczesnych loch, a więc węgierskie mamusie nie będą mile widziane na obecnych porodówkach. Z programu „Rodzina 500+” też nie dostaną za wiele. Boże dopomóż, żeby chociaż młode Mangalice nie były niepełnosprawne, bo rząd zapłaci im pampersami i pozwoli zdechnąć pod krzakiem. Głosu wyborczego nie mają, to kogo one obchodzą ? Wreszcie węgierska świnia udająca owcę reprezentuje typ „słoninowy” tzn, że w jej tuszy jest duży udział tłuszczu, którego w dzisiejszej kuchni nikt nie potrzebuje. Przez lata twierdziło się, że w jej mięsie jest mało cholesterolu, ale taka śmiała teza się nie potwierdziła, Mangalica ma go tyle samo co inne chrumkające stwory. Owszem, może w swoim tłuszczu zawierać więcej lepiej przyswajalnych kwasów nienasyconych i tym samym jej mięso jest bardziej zdrowe w żywieniu człowieka, ale dzieje się tak tylko i wyłącznie u świń hodowanych ekstensywnie (właściwie w warunkach naturalnych, dzikich), które rosną długo i powoli, a więc w warunkach fermowych taki rezultat będzie trudny do uzyskania. Pomimo problemów opisanych powyżej, Mangalice są chętnie utrzymywane w gospodarstwach ekologicznych (kojarzą się z tzw „zdrową żywnością”), parkach, ogrodach zoologicznych (np. świnie Mangalice znajdziecie we Wrocławiu), ponieważ są atrakcją turystyczną, a także w sposób naturalny porządkują ruń pastwiskową i trawniki – wyjadają z nich chwasty. Przestańcie kosić w weekendy te pieprzone trawniki, zamiast kosiarki kupcie sobie świnię i będzie spokój.

Mangalice zrodził nierząd

Te sympatyczne węgierskie świnki, ze stosunkowo małą głową i krótkimi uszami skierowanymi w kierunku ryja powstały ponad 200 lat temu. Węgry były kiedyś pod okupacją Turcji, a ta nie pozwalała hodować świń (w islamie świnie są naprawdę niemile widziane) i pogłowie bardzo szybko malało do zera. Po odzyskaniu niepodległości zaczął się ruch w interesie i na początku XVIII wieku handlowano już świniami na dużą skalę, początkowo były to świnie bakońskie – bardzo wytrzymałe i odporne na pokonywanie dużych odległości, które rozprzestrzeniły się po Nizinie Wegierskiej i masowo spędzano je na różnego rodzaju jarmarki (np. znany był świński jarmark w Sopronie). Handlarze zaczęli docierać do Serbii i Chorwacji i aby zaspokoić duży popyt wśród węgierskich posiadaczy ziemskich, zaczęto sprowadzać z krajów bałkańskich świnie z dużą ilością słoniny (o mięsie bardziej smakowitym). Podczas licznych przepędów serbskich i chorwackich świń, dochodziło do ich kradzieży, a także zwierzaki po prostu uciekały mając za nic plany jakie miał względem nich handlarz. Utracone sztuki świń można było liczyć w tysiącach, a na nie czyhały już zgraje knurów dzików i ras rodzimych, które kopulowały z nowymi przybyszkami od świtu do zachodu słońca. Nic tak nie dodaje partnerce atrakcyjności i powabu jak to, że pochodzi z ekskluzywnego świata, a spowija ją aura tajemniczości. Poza tym wiadomo, trawnik po drugiej stronie płotu zawsze wygląda na bardziej soczysty i zielony. Doszło więc do wielu krzyżówek wielorasowych i w ten sposób powstała odporna na choroby, wspaniale przystosowana do środowiska naturalnego, mobilna i lubiąca wędrówki, słoninowa i niewymagająca Mangalica. Hm…wszystko co dobre i silne pochodzi z nierządu. Tylko skąd u niej wziął się taki długi włos ? Może również jakieś tryki brały udział w tych seksualnych zabawach i teraz nie wiadomo: czy świnia to, czy owca ? W każdym razie Mangalice nie chadzają do fryzjera, a i runa nikt im nie wystrzyże. Nasze węgierskie bohaterki występują w kilku barwnych odmianach i tak mamy blondynki – najczęściej reprezentowane, rude, czarne i jaskółcze (mają czarny grzbiet, ale biały brzuch – są krzyżówką białej i czarnej Mangalicy). Wszystkie wersje kolorowe mają ciemne ryje i czarne obwódki wokół oczu, a urodzone prosięta – podobnie do dzików – mają ciemne pasy na grzbiecie. Dla porządku trzeba wspomnieć, że są też dzikie Mangalice żyjące z daleka od domostw ludzi, w górach i na terenach niedostępnych. Pierwszy knur tej rasy sprowadzony do Polski miał na imię Orban. To tak jak premier węgierskiego rządu, teraz wiem po kim on ma taki charakter.

Węgierska świnia Mangalica, miot prosiąt
Frykasy z Mangalicy i węgierskie adventure

Po raz pierwszy zapoznałem się z nimi podczas mojej wędrówki autostopem po Europie, kiedy to los rzucił mnie na Węgry. Byliśmy biednymi jak mysz kościelna studentami, a w plecakach dźwigaliśmy nasze zapasy żywności: 20 puszek z mielonką i 20 puszek sardynek, a do picia granulowane pełne mleko w proszku. Jakże się ucieszyliśmy, gdy pewnego dnia trafiliśmy na gromadę Węgrów, którzy podarowali nam salami z Mangalicy. Mięso tej rasy jest krwistoczerwone, ciemne, nadaje się do produkcji suchej szynki długo dojrzewającej. Dlatego udźce z tych świnek kupują Hiszpanie do produkcji swojej surowej szynki podsuszanej – jamon Serrano. Po kilku dniach błąkania się po węgierskich wertepach, trafiliśmy na gospodarstwo agrosturystyczne w okolicach Balatonu, gdzie właściciel utrzymywał ok. 60 loch Mangalicy i gościł nas biednych studentów przez 3-4 dni (i na tę okoliczność wykonano pamiątkowe zdjęcia odnalezione przeze mnie na strychu). Pomimo tych miłych chwil spędzonych u naszych bratanków miałem też kuriozalne przygody. Pewnego dnia na granicy jugosłowiańsko-węgierskiej zabrała nas wycieczka Węgrów wracająca autobusem do domu. Był już późny wieczór i z racji, że nie było dla nas miejsc siedzących, posadzono nas z tyłu autobusu na schodach. Była to wesoła wycieczka, wina i rakija gęsto krążyły w autobusie z siedzenia na siedzenie. Gdy w butelce zostało już niedużo, wtedy zawsze ktoś krzyknął:
– Dajcie trochę Polakom! Niech biedaki coś popiją.
I tak spijaliśmy wszelkie resztki z butelek, siedząc na schodkach autobusu. Niestety o 3 w nocy Węgrzy zajechali do domu do jakiegoś miasteczka, którego nazwy nigdy nie wymówię i nie zapamiętam, i radosna podróż zakończyła się. Gdy otworzyli drzwi autobusu, wysypaliśmy się z tymi pustymi butelkami na ziemię, bo sami ledwo chodziliśmy. I tak nas zostawili samych sobie. W Stanach już byśmy siedzieli za pijaństwo i włóczęgostwo, ale tutaj błąkaliśmy się po nocy jako jedyni przechodnie, wzbudzając zainteresowanie tylko służby bezpieczeństwa. Zatrzymywali nas pijanych dwukrotnie i studiowali nasze paszporty i zdjęcia naszych fizjonomii. Dziwili się przy tym tak, jakby widzieli jakieś cuda, może dlatego, że byliśmy zarośnięci jak Mangalice i trudno było nas poznać. Doszliśmy wreszcie na dworzec kolejowy i chcieliśmy kupić bilet na pociąg do Pragi. Ale nie mieliśmy forintów, bo wcześniej przehandlowaliśmy je z innymi Polakami, nie wiedząc, że będą nam jeszcze potrzebne. Jak dogadać się z babą gadającą po węgiersku? I to o 4:30 rano? Pytałem po angielsku: „Where is change money. Dolar, dolar”. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się jakiś chuderlak z pryszczem na nosie, puknął mnie w ramię i okazał legitymację służby bezpieczeństwa. Znowu! Musieliśmy tłumaczyć się, że nie handlujemy walutami wrogów Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. A raczej mogliśmy równie dobrze opowiadać mu o rui u świni, bo i tak nic nie kumał z tego, co mówiliśmy. Wreszcie nas puścił i kupiliśmy bilet oficjalnie i to za dolary, a pani w kasie zastosowała odpowiedni przelicznik. Całą transakcję z napięciem nadzorował tajniak. Udaliśmy się na peron, lecz pociąg mieliśmy dopiero za dwie godziny. Świtało, a kolega postanowił coś upichcić. Wyjął turystyczną butlę gazową z maszynką, menażki i ryż błyskawiczny, bo byliśmy przystosowani do bytowania w każdych warunkach tak samo jak włochate świnie i chętnie pospalibyśmy nawet w ich ziemnych jamach. Ale przy gotowaniu ryżu mój kamrat wsypał całą paczkę zamiast 1/3 opakowania. Gdy ryż zaczął rosnąć i rosnąć w menażce, wzbudził nasze poważne zaniepokojenie. Na końcu jak gejzer strzelił ku górze i począł wylewać się jak wulkaniczna magma z krateru na peron, który dopiero co wysprzątały węgierskie robotnice. Tego było już za dużo, bo za chwilę podeszło do nas dwóch kolejnych gości ze służby bezpieczeństwa i znaleźliśmy się w dworcowym areszcie. Po kilku godzinach wypuścili nas i nareszcie pojechaliśmy jakimś pociągiem dalej, w kierunku czeskiej Pragi. A węgierskie miasteczko i jego dworcowe perony odetchnęły z ulgą. Znów mogły świecić czystością, bo podejrzani i pijani waluciarze nareszcie się oddalili.

Przeczytaj również:

https://przygodypiotra.pl/zoozwierzenia/holenderka-w-depresji/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *